OCR Interpretation


Zgoda : Wydania dla niewiast. [volume] (Chicago, Ill.) 1900-1913, November 29, 1900, Image 1

Image and text provided by University of Illinois at Urbana-Champaign Library, Urbana, IL

Persistent link: https://chroniclingamerica.loc.gov/lccn/2017218620/1900-11-29/ed-1/seq-1/

What is OCR?


Thumbnail for

„ZGODA" flBMHZ.HP.
WYCHODZI w KAŻDY CZWARTEK
Btcro Ztn t'MU. Z.N.P. raiHki aią
% domu wturjm p.n. 108 104 W. DDI
»lon at. 1’bMfo, III.
llftr w (prawach admla.
ZwlaAu utai kutr»potiUcu< 7» do Zł
ttądaCrbl; Daiefy praca.lat p««l adra
T. M HKLIN8KI,
lOS-int W. Dirlaloo •».. Chicago. lila.
Przekazy bankowa, pocztowa i pta
alądae prwfjW naloty pod adreaein:
MAJE W8KI.
103 HM W. Dirlaion aC. Chicago, lila.
Koraapondaortradotycząca Itedakey|
.Zgody przeeytaf naloty j»od adr.
B. BARSZCZEWSKI,
10B104 W. Dły-Ulon ac. Chicago, lila.
Warclkin cap liatr w uprawach adn i
nlatra. rjm eh „Zgody". ogloazrn i iv
Ult crukaiak ch umiary adresować do
■ckioUr/a „Zgody":
J. 0LBIN8KI.
H2-J0I W DI\inon »t , Ch.rago. lila.
ORGAN ZWIĄZKU NARODOWEGO POLSKIEGO W STANACH ZJEDNOCZONYCH PÓŁNOCNEJ AMERYKI.
•THE WEEKLY “ZGON”
APPIARINO BYKRT TBDUDAT
ła tha offldal organ ot thd
Folith Mational Allinnca. U.ŁI.Ł
B. BARSZCZEWSKI, Editor,
OMoai 103-104 Wast OiatatM
CHICAGO, ILLI10IB
4 1! buainaa*
be addraaaad:
Th* Foliah Waakly „Zgoda*’.
103-104 W. Dirlaion at.. Chicago. IH*
Ali rommuolcatlona to tha PoUah
Nat*l A Ulano ahall ba addraaaad:
| T. M. HEUMSKI, Oaa’1 BaaroUry,
108-104 W. Dirlaion at.. Chicago, Ula.
V
NO. 4*8. (No- I2 Wydania dla niewiast).
Chicago, UL, Czwartek dnia 29-go Listopada 1900 roku.
Bok 19.
Pielęgnujmy pieśń polską!
Dziś, gdy tak zewsząd biją
gromy w nasz język, na
szą narodowość, powinniśmy
skarbów tych bronić wszel
kiemi silami i godziwymi spo
sobami. Sama nauka czyta
nia i pisania polskiego w do
mu nie wystarcza, trzeba pie
lęgnować także pieśń pol
ską. Ona to bowiem najłat
wiej wszczepia miłość do ję
zyka i narodowości w sercach
młodzieży. Słusznie też na
wołuje „Wiarus Bochumski”
do pielęgnowania tej „ar
ki przymierza’’ n&stępującemi
słowy:
Któryż naród może sie po
szczycić n. p. tak pięknemi
pieśniami kościclnemi, jak na
ród polski? Żaden naród nie
posiada tak pięknych pieśni
do Matki Boskiej, jak nasze
,.Godzinki’’, rozpoczynające się
od słów: „Zacznijcie wargi
nasze chwalić Pannę świętą!’’
Komuż ta śliczna pieśń nie
przypomni lat dziecięcych,
kiedy bawiąc się swobodnie
u kolan matki, Wyśpiewywał
swym dziecięcym głosikiem
chwałę Boga Rodzicy, królo
wej nieba i ziemi, królowej
Polski? O, bracia, starajmy
się, aby pieśń ta i tu na ob
czyźnie nie posila w zapom
nienie. Gdy więc czas jk>
zwala, zgromadźmy w koło
siebie dzieci nasze i śpiewaj
my często „Godzinki”, bądź
my i na obczyźnie czcicielami
Marji, a Ona jak obroniła Czę
stochowę od szweda, tak i
nam wyjedna łaskę, abyśmy
wiarę św. i narodowość naszą
polską zachowali dla siebie i
potomstwa naszego. Śpiewaj
my w domu jak najczęściej
także inne pieśni kościelne*,
nasze śliczne pieśni kolendo
we, nasze wzruszające pieśni
postne, oraz głoszące chwałę
zmartwychwstałego Zbawicie
la pieśni wielkanocne. Wogó
ł«: pielęgnujmy w aomu pol
skim nasze wszystkie kościel*
ne pieśni, a wtedy i dziatki
zawsze z rodzicami je śpiewa
jąc, nauczą się ich na pamięć
i ukochają całem sercem.
„Dalej nio powinniśmy też
zapominać o naszych pieś
niach narodowych, sławiących
świetną przeszłość naszą na
rodową, opisujących ciężką
nasza dolę, nasze męczeństwo,
jakie od przeszło wieku zno
simy, a nie mniej zapowiada
jących lepszą przyszłość naro
dowi naszemu, wlewających
w serca zbolałe i zwiątpiałe
balsam nadziei, że do czasu
potrwa tylko nasza niedola.
O tak, bracia rodacy, śpiewaj
my pieśni to jak najczęściej
przy ognisku domowem i ucz
my je śpiewać dzieci nasze.
Mamy ich przecież tak wiele,
a tak mała liczba znaną tylko
jest szczeremu ogółowi. Nie
tylko każdy polak, ale każde
dziecko polskie powinno je
umieć śpiewać.
„A nasze piosenki ludowe,
np. „Był Matysek”, „Polska
dziewica”, „Tam na błoniu
błyszczy kwiecie” i setki in
nych, czy nie warte tego,
abyśmy ich nie tylkc sami
śpiewać nie zapomnieli, lecz
przekazali je także dzieciom
naszym?
„Mając tak bogatą, niewy
czerpaną skarbnicę pieśni, pie
lęgnujmy je, czerpmy z nich
wiarę w lepszą przyszłość, szu
kajmy w nich ukojenia i siły
do wytrwania w dzisiejszych
ciężkich dla nas czasach.
„W szkole dziś dziecko pieś
ni polskiej nawet w ojczyźnie
nie usłyszy, tam więc teraz
tak samo, jak na obczyźnie
wszystko zależy od rodziców.
W domu polskim niech wiec
swobodnie rozbrzmiewa pieśń
polska i serca młodzieży niech
zapału do gorącej miłości spra
wy ojczystej. W pieśni wiel
ka tkwi potęga, śpiew też
szczególuie polacy, jak wogó
le wszyscy słowianie, ukocha
li nadewszystko. Pieśń nuci
ła matka nad naszą kołyską,
pieśnią pożegnają nas też krew
ni i.przyjaciele, gdy do zim
nej mogiły spuszczą śmiertel
ne szczątki nasze.
Ukochajmy więc gorąco na
sze pieśni polskie!
„O! piosenko promienista
Narodowych uczuć brzmienie,
W tobie iskra, jasna, czysta.
Świętość, zapał i natchnienie!
Z to)>ą dusza rajo prześni,
Myśl błękity by objęła —
O! nad wszystkie wielbię pieśni:
„Jeszcze Polska nie zginęła!”
MIESIĄC UMARŁYCH.
Na Hożej roli.
Wstał jasny księżyc z srebrzystem
czołem
I ziemię oł>jął św i et listem kołem,
I cicho patrzy i błogo;
Po ezystom niebie płynie powoli
I blaski sieje po Jiożej roli;
Udzie z żywych nie masz nikogo.
Brzeziny na niej w srebrzystej bie
li,
Niby to duchy, niby anieli —■
Mogiłek płaczki i stróżu;
Czarne krzyżyki chylą się k'zierai,
Żółta dziewanna buja nad niemi,
I trawy idą ku górze.
Udzie zwiędłe zioła i mchy od
wieczne,
Błyszczą się rosy, jak łzy serdeczno
Tego, co cierpi i kocha.
Xa Bożej roli, między brze-iną,
J*<»gwary dzisiaj i szepty płyną,
Coś się tam skarży i szlocha...
Aż nagle szmery ścichły. ustały:
W miesięcznym, blasku zjawił się
I cichy anioł cmentarza —
I płynie smętny między mogiły
T mocą swojej nieziemskiej siły
Trumienne wieka odważa.
I wstają duchy gromadą jasną,
Płyną na wioskę popatrzeć własną,
Na ciche łany i pola.
W tych cliRta«’h nizkicłi *yli. ko
chali,
Te łany w krwawym pocie orali,
Tu byłn twarda ich dola.
Tej ziemi wszystkie oddali siły,
Nie poskąpiła za to mogiły —
Mogiły mają w swej ziemi.
Za znój ich długi, za trud serdecz
ny,
Ona ich na sen kołysze wieczny
I ona czuwa nad niemi.
Zadusznych cieni płynie gromada.
Niby mgła arebrna na poln spada
I cichym szmerem się modli:
Niech żywi mają noce spokojne,
Chleb nie tak gorzki, dni nie tak
znojne.
Niech aię z nich żaden nie spodli...
Niech już im roln chwastów nie
rodri,
Niech bujniej zboże ua polach
wsc'.od~i
I niechaj świeci im słońce!...
W mgłach giną cienie — i tylko
rosy
Jak łzy się perlą, a na niebiosy
Jutrzenki biedną już gońce.
Smutno nam Boże!
Smutno nam Boże! Żniwo jesieni
l*o błotnem polu wicher w dal mie
cie,
Zachód się krwawą purpurą mieni,
I coraz puściej, mroczniej na świę
cie —
Że tak się krwawo rumienią zorze,
Smutno nam Boże!
Smutno nam Boże! Posępnie,
mgliście...
Na stare próby z cichym szelestem
Lecą powietrzem uwiędłe liście —
To śmierć do żywych powiada: jes
tem!
Że w sercu wspomnień zatapia no
że,
Smutno nam Boże!
Smutno nam Boże! Szmer idzie
pluchy
I w zmroku trwopę obudzą bladą—
Po blotnem polu snują się duchy
Jakąś posępną, tęskną gromadą...
Że grób ich bólu nie koi możt^
Smutno nam Boże!
Smutno nam Boże! Serc naszych
bicie
I naszych m)śli męczeńska praca
Będzież posiewem na nowe życie?
C'zy się w przestrzeni marnie za
traca ?
że odpowiedzi nikt dać nie 1110/.^
Smutno nam Boże!
Smutno nam Boże! Nas. żywych
ludzi,
W lasnej niemocy troska przejada.
Nadziei wiosna już nas nie łudzi:
To jesień idzie, posępna blada...
Że kwiat ostatni zwarzy nam może,
Smutno nam Boże!
Makja Markowska.
Śluby Panieńskie
CZYLI
MAGNETYZM SERCA.
kumnlja w & t kiach. wlrnifa,
Aleksandra hr. Fredry.
Rozom inłjZrzjrzna. bialosluu 4 af-kt
tylko rząd/i: oraz kocha, oraz II| c q a*
aiiłzl. ni« mlzlc rozum, ale gilzie a
Ii'kt, tam wczyetka.
And. lat. łrrdro.
(Nhjf:
Pani Dobrójska. I Gustaw.
Aniela. | Albin.
Klara. ,lan.
Kadoet.
Scena na wsi w domu pani I)o
brójskiej.
AKT I.
(I>uży pokój — dwoje drzwi w ^łę
I»i — trzecie tlr/wi po prawej stro
ni.* sceny do pokojów |>ani Dobrój
skiej, czwarte po lewej do pokoju
Gustawa, okno. .
Scena I.
nym na miniona chodzi — potny
w okno, potem mówi. ziewając).
Czekaj mnie, nie śpij, powrócę o
trzeciej.
Piękna mi trzecia: słońce jak w
dzień świeci,
A mój pan drogi gnie solne pa
role,
Alłio z butelką... albo... No! jnż
milczeć- woły.
Scena II.
•Tak, Rai>oxt.
Radort (idąc ku drzwiom Gus
tawa.) Śpi Gucio?
•Ian. Czy śpi? — jak zabity pa
nie.
Raj»ort. Lubi spać hnltaj.
•Ian. (zastępując oddrzwi) Niech
że* pan nie chodzi.
Raport. A to dlaczego.
•Jan. Bo śpi.
Radort. Nic nie szkodzi.
•Jan. (zastępując) Będzie się
gniewał.
Radost. Nic mi się nie stanie.
*Ian. Dopiero zasnął — ledwie
pół godziny.
Radost. Cóż w nocy robił?
Jas, Nie spał.
R \ dost. A z przyczyny ?
Jas. Z przyczyny? — Zasłabł.
Radost. (troskliwie) Zesłabł?
Jan. (z westchnieniem) Niespo
dzianie.
R a dost. Cóż m u jest ?
Jan. Co jest? — jakiś zawrót
głowy.,.
Radost. Hin!
Jan. Wstręt do wody...
Radost. Hm!...
Jan. Pragnienie wina...
Radost. Hm! proszę, proszę,
wi»*czór jeszcze zdrowy!
Jan. (wzruszając ramionami)
Ha! słabość, panie, piorunem za
czyna.
Radost. (do siebie) Hm! wstręt,
praguieuie! łim... hm... zawrót gło
wy...
Jan. Niechno się wyśpi, po po
łudniu wstanie.
Rad. Chciałem być w domu i
tu z powrotem; lecz z taką rzeczą ani
myśleć o tem.
Jan. Owszem, jedź pan, jedź;
ręczę, że za chwilę...
Rad. A sen spokojny?
Jan. (zastępując drogę) Lada
co obudzi. Cicho, na Boga.
Rad. Drzwi tylko uchylę.
Jan. Ale drzwi skrzypią.
Rad. \\ łasnemi oczyma...
Jan. (odstępując) Ha! kiedy już
tak! Niech się pan nie trudzi; Dar
mo tam patrz*>ć — mego pana nie
ma.
i
Rad. hienia?
Jan. A niema.
Rad. Gdzie jest?
Jan. Stąd o milę.
Rad. Jak? co?
Jan. Pojechał.
Rad. Dokąd?
Jas. Do Lublina.
Rad. Do Lu... Lu...
Jan. (z ukłonem kończąc słowa)
blina.
Rad. Kiedy?
Jan. Wczoraj.
Rad. Po co?
Jan. Nie wiem.
Rad. Macież go! joż szaleć za
czyna. Już, Bogn dzięki.— Jeździć,
latać nocą... I czego stoisz? panie,
zawrót głowy? Hm! wstręt do wo
dy! co? — wina pragnienie?
Jan. Stoję na warcie, muszę być
gotowy otworzyć okno na pierwsze
skinienie.
Rad. Maco otworzyć?
Jan. Dla mojego pana: Tędy
wychodzi, tędy się i wchodzi.
Rad. (załamując ręce) Przez o
kna łazić śród jasnego rana! To
warjata prawdziwie dowodzi, (iro
nicznie) I kiedyż wróci na swoje
wesele?.
Jan. Jeśli mu wierzyć, miał o
trzeciej wrócić.
Rad. (do siebie) O, muszę, mu
szę cugli mu przykrócić! O, czego
nadto, tego i zawiele!
(słychać pukanie u okna).
Jan. (idąc do okna) Niechże pan
łaje, l)o przybywa właśnie, (otwie
ra okno.)
Scena TIT.
Ol RTAY (obrany do konia), Jan,
Raikjst (w Kłębi).
(łi HTAW (włażąc pn>T okno) To
czas! — Niech ko piorun trzaśnie!
Jan. Dobrze pan mówi; bo
dajby ko trzasnął!
Gtst. A co? śpią jeszcze?
Jan. Ryłby sen nie lada!
(łfKT. Trochęm się spóźnił.
Jan. Mnie to jian powiela.
Gi «t. Pewnie* nie doapał.
Jan. Gdybym był choć zasnuł.
GfST. (oddając pryt, czapkę, rę
kawiczki i ocierając twarz)
No, prawdę mówiąc, jak jestem
na świecie,
' Jeszczem tak pięknie zęłami nie
dzwonił:
Wicher, deszcz, zimno... psa by
nie wyKonił.
Rad. A cielne wyKonił przecie.
Scena IV.
Radost, Gcstaw.
OURT. A stryjaszek! (całując w
rękę) J>zień dobry!
Rad. (ozięble) Witamy z podró
ży!
Gust. Już wstałeś
Rad. Jeszcześ nie spał?
Gust. Dość- czasu.
Rad. Dzień duży.
Gust. ^ Dopiero świta.
Rad. Świta, ale w twojej głowie.
Ul'ST. Niech i tak będzie, niech
świta na zdrowie,
Byłe mnie kochał stryjaszek ko
chany,
Był mi zawsze zdrów, czerstwy i
rumiany.
Lecz cóż to? mars? mars? fe! precz
z nim do licha!
(zaglądając w oczy)
No... proszę. . troszkę. — Niknie
wyraz srogi.
Czoło się równa, oko się uśmiecha,
Otóż tak lubię, (ściskając go) mój
stryjaszku drogi!
Rad. (płaczliwie, zawsze dając
przestrogi) Mój Gustawie, powiedz
mi: chcesz, czy nie chcesz żony?
Gust. Chcę, chcę, etryjaszku.
Rad. Pewnie?
Gust. Jestem jej spragniony—
Rad. Takiżeto więc sposób wy
szukałeś solne?
Gust. Ja nic dotychczas nie
wiem o sjwsobie.
Rad. Te wycieczki przez okna,
U* nocne wyprawy.
Gust. I cóż?
Rad. (zniecierpliwiony) Cóż!
Panna!
st. a, neruzom ciekawy.
Co rnoję ]>annę obchodzić może.
Kiedy, jak i gdzie ja się spać po
łożę?
Nie śpię — tem lepiej dla niej, bo
na jawie
Nie tylko jedna myśli moje bawię,
I do niej wzdycham jak w dzień,
tak i w nocy;
Ale juk zasnę—jestże to w mej mo
cy?
Rai*ost (płaczliwie)
Mój Gustawie!—Dla Boga. porzuć
myśli płoche,
I raz tylko, raz pierwszy zastanów
się trochę.
Kilka dni jesteś pośród tak godnej
rodziny,
I niema dnia jednego... gdzietam
dnia!... godziny,
Żebyś czegoś nie zbroił, aż się ser
ce kraje.
Pani Dobrójska sama opiekę ci
daje;
Nie idąc wzorem matek, co nos gó
rą noszą,
Kiedy w duszy o zięcia wszystkich
Świętych proszą,
Pnmiętnn twych rodziców i mojej
przyjaźni,
Swój zamiar wzglądem ciebie głosi
bez liojnźni.
Ale wszystko napróżno, daremnie
się trudzi:
Miejski panicz w wieśniakac h .in
nych widzi ludzi;
Swoich nudów nie kryje, grzecz
ności nie sili,
l chce (W- uczuć wartość każdej
swojej chwili.
Wrółx«l się tylko, mówią, pustej
strzechy trzyma,
Ale co w twojej głowie już i wróbla
niema.
Gustaw (ze szczerem zastano
wieniem)
Prawda, stryjaszku, zbyt szłuszne
przc-strogi;
Ach, ojcowskiemi strzeżesz mnie
oczyma.
(ściskając go)
O, jesteś dla mnie skarb, przyjaciel
drogi.
Dzięki ci, dzięki za twoje prze
strogi.
Ripost (z rocznl<*niem ściskając
go) Mój ty poczciwy, mój luby
Gustawie!
Gurt. Mój przyjacielu, mój ojcze
kochany!
Zobaczysz, jak się ogromnie po
prawi*
Byłem miał tylko powód do od
miany.
A teraz zgadnij, jaką dziś zał>awę...
Rat>. O dla Boga! on swoje! otóż
masz poprawę!
Ach zmiłuj 6ię, uważaj, powiedz,
czy to ładnie,
Ze z domu pan zalotnik oknem się
wykradnie.
Aby noc całą Bóg nie wie gdzie
trawić!
Gust. Ależ stryjaszku, ja się
muszę bawić.
Rad. Bawić!
Gust. A w prawdzie, w tym sza
nownym domu,
Gdzie nie ubliżam w niczem i ni
komu,
Żadnej dotychczas nie widzę za
bawy.
Rad. Idzież tu o zabawę, wrza
wę nieustanną?
Gust. Ależ o nudy idzie.
Rad. Nudy z piękną panną!
Gust. Nie będą nudy, jak się
kochać będę.
Rad. I kiedyż to nastąpi?
Gust. Jak się z nią ożenię.
Rad. Albo inaczej: jak na koszu
siędę.
Gust. Ba. ba, ba! jeszcze czego.
Rad. I skąd pewność, że nie?
Jestże to napisano, wyryto na nie
bie.
Ze Aniela koniecznie musi pójść za
ciebie ?
Gust. Pójdzie, pójdzie stry
jaszku.
Rad. Tylko bardzo proszę,
Niech samochwalstwa od ciebie nie
Gust. Do samochwałów któż
tego policzy,
Który rozsądnie zważa i powiada,
Że gdzie dwie rodzin związku sobie
życzy,
Związku się w końcu spodziewać
wypada?
Rad. Prawda, jeśli Aniela choć
trochę polubi.
Gust. Bądź z łaski swojej spo
kojny w tym względzie.
Już ja ci ręczę, wszystko dobrze
będzie.
Rad. Nadto pewności i ta pew
ność zgubi.
Gust. Już śpuść się na innie...
ale dość tych fraszek.
Teraz, niech zgadnie kochuny stry
jaszck...
Rad. Pewnie, gdzie byłeś?
(i ust. Gdziem bawił tak długo.
Rad. Wymów już, wymów, bo
cię djable dusi.
Gust. Na miejskim balu byliś
my przebrani.
Rad, Na jakim ludu?
Gust. Pod złotą papuga.
Rad. W karczmie!
Gust. Przebrani.
Rad. O Boże! o Boże!
Gust. Tego młodemu nikt pew
nie nie zgani.
Rad. (ironicznie) Pewnie po
chwali ?
no pocnwauc musi.
Rad. Piękna mi szkoła!
O 1’kt. Lepsza być nie może.
Na małym awiecie, co się wielkim
mieni,
(bizie każdy trwożnie po ślizkiej
przestrzeni,
Jakby na szczudłach i w przyłbicy
chodzi,
Tam, czem są ludzie, niecliaj nikt
nie t>ada.
Ale gdzie człowiek mało pozór ceni,
Przybranym kształtem nie chce i
nie zwodzi.
Odzie więcej wola, niż rozum nim
włada,
Tam cli wybij penzel, wzór stoi go
towy.
Rad. Otóż go macie! jest La
Bruyere nowy.
(płaczliwie)
Guciu! dopieroś dziękował za radę.
GUST. (nie słuchając) I co mi
teraz przychodzi do głowy.
Rad. Naprzykład?
Gust. Jedźmy tam dzift.
Rad. Ja z tobą?
Gi*kt. Ty ze mną.
Rad. Oszalał!
Wcześniej wróci#*.
Rad. (ironicznie) Tą drogą ta
jemną.
Gust. Jedziesz?
Rad. Dajże mi pokój.
GrsT. No, to sam pojadę.
Rad. Guciu! dopioroś dziękował
za radę.
Gi st.(żałośnie)Luby stryjaszknt
wkrótce się ożenię.
^ Rad- (‘1° siebie z zadziwieniem)
No! i dlatego takie figle stroi.
Gust. (jak wyżej, prosząc) Jut
raz ostatni.
Rad. Ja go nie odmienię,
To rzecz daremna.
Gtst. Nn kasztana wsiędę...!
Rad. (przestraszony) O! na kasz
tana!
Gust. Przede dniem tn będę.
Rad. Weź już moję doróżkę, a
kasztan niech stoi.
(do siebie)
Jeszcze kark skręci z tego warjata.
Gust. Dobrze stryjaszkn.
Rad. I delję moję.
Gust. J Dobrze stryjaszkn.
Rad. W tej kurteczce lata,
Jeszcze kataru u djaska dostanie.
Gust. Dobrze stryjaszku, jak
chcesz, tak się stanie.
Ja zawsze mówię, święte rady twoje.
Rad. Otóż masz, teraz powie,
że to z mojej rady
Przez okna łazi na nocne biesiady.
Gust. Zatem radzisz wchodzió
drzwiami?
Kad. Gadajże tu z war jatami l
Ja ci radzę pójść spać.
Gurt. Spać?
Raiv Bladyś, aż niemiło.
Gust. Blady? — to dobrze, to
nic nie zaszkodzi}
Bladość niepokój miłośny dowodzi,
Bladości prędzej niż słowom się
wierzy.
Pamiętasz przecie, jak to dobrze
było
Rano, nazajutrz po twojej wiecze*
rzy?
Rad. Mojej wieczerzy?
Gust. To jest, mówiąc szczerze,
Ja sam dawałem tę sławną wiecze.
rzę,
Ale stryjaszek potem długi płacił.
Rad. Niestety!
G ust. W calem na cerze nie
stracił.
„Teraz to kocha — rzecz niezaprze.
ozona —
Jak blady, slaby! — on z miłości
skona —”
Powiedz sam, wszakże prawda, tak
mówiono.
I gdybym nie był za nadto...
Rai>. No, no. no,
Niedość szaleje, jeszcz mnie powia*
da!
Teraz idź i śpij, taka moja rada.
Ale mój Guciu, Guciuniu serdecz*
ny.
Staraj się zbliżyć, podobać Anieli,
Gi kt. Dobrze stryjaszkti.
Rai». Dla matki bądź fmpcmy,
Gust. Dobrze stryjaszka.
Rad. I na miłość Boga,
Jeśli ci jeszcze moja przyjaźń
droga,
Nim się odezwiesz, pomyśl pierwiej
nieco,
Bo często słown jakby z worka lecą,
Ale sensu w nich — no! — tego
to tam niema. —
A teraz idź spać, już mrugasz o
czyma.
Gust. Pójdę się przebrać. (ca
łuje go w rękę)
Rad. (całując go) Pamiętaj Gn
stawie...
Gust. Sam się zadziwisz, jak
_ się dziś poprawię^
(odchodzi w lewe drzwi lioczne)
Radoht (patrząc za nim ssrjo)
Poprawię! zawsze jedno co godzina,
Zadziwisz się! tak!
(przechodząc nagle w uczucia)
Kochany chłopczyna!
(Ciąg dalszy nastąpi.)

xml | txt