OCR Interpretation


Zgoda : Wydania dla niewiast. [volume] (Chicago, Ill.) 1900-1913, December 05, 1912, Image 7

Image and text provided by University of Illinois at Urbana-Champaign Library, Urbana, IL

Persistent link: https://chroniclingamerica.loc.gov/lccn/2017218620/1912-12-05/ed-1/seq-7/

What is OCR?


Thumbnail for 7

Królowa Jadwiga.
Młodziutka pani wjeżdża z orszakiem
W niury Krakowa,
Zdobne ma skronie złotą korona
Polska królowa.
A taka piękna i dobra taka,
Jak anioł złoty —
Szczodrą swą dłonią wspiera litośnic
Wdowy, sieroty.
I poszły wieści o tej królowej
W daleką stronę, ✓
Książę Litwinów, mężny Jagiełło
Chce ją za żonę.
Przyrzeka święcie porzucić zaraz
Bogi pogańskie,
Po całej Litwie wznosić świątynie
I krzyże pańskie.
A choć królowa Wilhelma kocha
• By krzewić wiarę,
Dla szczęścia Polski z miłości swojej
Czyni ofiarę.
Za jej przyczyną na Litwie całej
lyśni godło pana,
Pod posiew święty w sercach tysięcy
Niwa zorana.
Potem Jadwiga w krakowskim grodzie
Wiedzy nić mota —
Szerzy naukę, co ludziom świeci.
Jak gwiazda złota.
Przed ołtarzami zanosi korne
Za lud modlitwy,
Więc naród kochał dobrą królowę
Polski i Litwy.
Lecz wkrótce ziemskie opuścił progi
Ten anioł biały,
W kraje niebiańskie poszła Jadwiga
Po wieniec chwały.
Pył to piękny dzień jesienny w paździer
niki^ roku 1384, kiedy młodziutka Jadwiga
wjeżdżała do Krakowa, aby osiąść tam na tro
nie polskim tako królowa.
Oj cieszyli się też Polacy i mieli z czego!
Dwa lata jttż opróżn:ony stał tron na wawel
* skini zamgli, wiec radość była wśród narodu,
że nareszcie zasiądzie na nim o«oba królewska.
A była to osoba. młoda, piękna i bardzo
dobra, a co najlepsze, że pochodziła z królew
skiej rcniziny Piastów, którzy w Polsce 500 lat
panowali i pod którrmi Polska stała się kra
jem obszernym, n żni m i bogatym.
Więc kiedv zmarł ostatni król z rodu
Piastów, Kazimierz, dla wielkiej swej doibroci
‘‘Królem Chłopków” zwany, żałował go na
ród. a na tron powfołał króla węgierskiego Lu
dwika, który był siostrzeńcem zmarłego Ka
zimierza. Gdy zaś król Ludwik umarł, zapro
sili Polacy na tron polski córkę jego Jadwigę,
a że matka Jadwigi także urodziła się z księż
niczki rodu Piastowego, więc i po ojcu i po
matce pochodziła Jadwiga ze starego, polskie
go rodu Piastów.
I już dlatego samego kochali Jadwigę Po
lacy, a pokochali ją więcej jeszcze, gdy poznali
lepiej swą królowę i przekonali się, że była ona
mądrą, sprawiedliwą i bardzo a bardzo dobrą.
PIOSENKA.
(Nadesłana przez Józię Czyżewską ze So. Chi
cago, 111.)
Na zielonej łące li! li! li!
Skakają zające, raz, dwa, trzy,
Skałka ją zające raz, dwa, trzy,
Boga wychwalają li! li! li!
Na zielonym dębie, li! li! li!
Gruchają gołębie, raz, dwa, trzy,
Gruchają, gołębie, raz, dwa, trzy,
Boga wychwalają li! li! li!
Czas, to Pieniądz.
Powieść dla starszych dzieci.
(CUg dalszy.)
Ale Pan Bóg dobrych nie opuszcza chłop
ców. Jeden z berajterów zachorował, koniuszy
kazał zawołać Czekka i zaproponował mu, że
by za trzecią część pensyi, w wolnych od
szkoły, godzinach, zastępował chorego — chło
piec serdecznie podziękował koniuszemu i za
czął zarabiać. *
Po kilku miesiącach ciężkiej pracy zebrał
tyle, iż sprawił sobie porządne ubranie do
szkoły, czapkę j buty. Podwójną miał stąd ra
dość, raz, że mógł porządnie pokazać się w
szkole, a powtóre, że pierwszy raz za swoje
pieniądze sprawił sobie odzież. I przyszły mu
na myśl słowa księcia młodszego:
— Czas to pieniądz! czego się nauczysz,
nauczysz się dla siebie.
O jakże się cieszył, że tak dobrze czasu
używał. Powodzenie to dodało mu wytrwało
ści i zapału, postanowił jeszcze usilniej pra
cować, a każdej chwilki używać na ćwiczenie
się w* naukach, w wszelakiej pracy, byle tylko
nic nie marnować.
Nauczywszy się lekcyi i zrobiwszy zadania
szkolne, Czekko to biegł do ujeżdżalni, to wy
jeżdżał konno lulb powozem, dla wprawienia
się w' swój zawód. Chętnie wyręczał leniwych
stangretów i dojeżdżaczy bezpłatnie, z zami
łowania i chęci nabrania jak największej w*pra
vy.
9
Zarobione pieniądze oszczędzał i groma
dził, nic wydając grosza na łakocie lub jaką
kolwiek bądź rozrywkę. Biedny chłopiec nie
miał odpoczynku nawet i w święto. Podczas
gdy jego koledzy szkolni i stajenni używali ja
kiejś swobody lub przechadzki, tak potrzeb
nych młodocianemu wiekowi, on się oddawał
żelaznej pracy i nie pomyślał nawet aby użyć
wytchnienia. W wakacye nawet, gdy inni po
całorocznej nauce używali swobody, Czekko,
przy pomocy nauczyciela Benvenutka, którego
sobie łaskę zaskarbił, uczył się pilnie i postąpił
tak, że po wakacyach zdał egzamin z trzeciej
klasy i odrazu z drugiej poszedł do czwartej.
Nie zaniedbywał rbok tego rzemiosła i został
najpierwszym jeźdźcem i stangretem w ksią
żęcych stajniach. Ani się spodziewał, że mu
się to wkrótce i bardzo przyda.
Koniuszy wysłany na zakup koni do Egi
ptu, przywiózł między innemi ognistego ara
ba. Był to zwierz wspaniały, dziki i nieuskro
miony. Koniuszy przywoławszy najlepszego
dojeżdżacza księcia, polecił mu, ażeby wszel
kich dołożył starań i ujeździł rumaka, zanim
młody książę powróci, dla którego właśnie w
upominku panujący to szlachetne zwierzę
przeznaczył. Dojeżdżacz odpowiedział, że
wkrótce konia wytresuje, kazał natychmiast a
raba osiodłać, okiełznać i zaprowadzić do u
jeżdżelni. Zaledwie jednak dosiadł dzikiego ko
nia, zaledwie ruszył z miejsca, gdy koń rzu
cił jeźdźca o poręcz, że wyniesiono go bez
przytomności z ujeżdżalni. Koniuszy wielce
zasmucił się tym wypadkiem.
*1 en człowiek sam sobie winien —po
wiedział dla uspokojenia samego siebie — po
rywa się do ujeżdżania, a nie umie trzymać się
na koniu, zawołać drugiego berajtera.
Ale i temu nie poszczęściło się lepiej. Dzi
ki rumak zwalił go z siodła i uderzeniem ko
pyta strzaskał ramię.
Przywołany z kolei trzeci berajter nie
chciał nawet próbować, oświadczył, że woli ra
czej postradać służbę, aniżeli narażać się na
kalectwo, a mo2e i śmierć.
Koniuszy zmarszczył brwi i zawołał:
Tchórz jesteś! tamci sami sobie winni,
nie umieją z końmi się obchodzić, zawołać
inasztalarzy.
Masztalerze przyszli, lecz pomimo przy
rzekanej nagrody, dwóch tylko odważyło się
próbować jazdy, niezrażonych losem swych
•poprzedników.
Pierwszy wskoczył odważnie na siodło, a
le jeszcze nie zdołał się usadowić na niem, a
już zwalony leżał na piasku, a koń rżąc z roz
puszczoną grzywą i podniesionym ogonem
jak waryat galopował po ujeżdżalni.
— To szalony koń — jęknął masztalerz,
podnosząc się z trudem z ziemi. Jemu nikt nie
poradzi, żeby mi kto dał tysiąc lirów, już dru
gi raz na niego nie siądę.
— Głupstwo! — zawołał gniewnie koniu
szy. — Koń w samej rzeczy jest dziki, ale do
bry jeździec potrafi mu dać radę. No cóż, a ty
Lukka, czy spróbujesz?
— O ba! przecież nie święci garnki lepią!
— zawołał z zarozumiałością drugi maszta
lerz.
— Ujeżdżałem ja dziksze konie, to i tego
się nie zlęknę. Pamiętam raz hrabia Salviani,
u którego służyłem...
— Potem mi tę historyę opowiesz — prze
rwał koniuszy — a teraz siadaj.
Tymczasem araba schwycono, a dwóch
stajennych zaledwie utrzymać go zdołało, tak
się miotał na wszystkie strony, rżąc i zrywa
jąc łeb; z rozdętych nozdrzy buchały kłęby pa
ry, z oczni błyskawica, a z pod kopyt wylaty
wały tumany piasku.
Ptikka nic stracił odwagi. Śmiało przystą
pił do konia i w jednej chwili już był na sio
dle.
Jeździec wcale nie zły, usiadł mocno, u
jął silnie boki w kolana i dał znak, ażeby ara
ba puszczono.
Przez parę minut odbywała się walka po
między zręcznością człowieka a siłą dzikiego
rumaka, zdawało się nawet, że Lukka zdoła
poskromić konia. Ten rzucał się jak opętany
we wszystkich kierunkach, nie mógł się jed
nak pozbyć niemiłego ciężaru, aż nakoniec sta
nął dęba i w tejże prawie chwili wyciąwszy
tyłem w górę biednego Lukkę, przez łeb o kil
ka kroków rzucił przed siebie. Omdlałego wy
niesiono z rajtszuli i niemało czasu upłynęło,
zanim odzyskał zmysły.
. iC\ąg dalsiy nastąpi.)

xml | txt