OCR Interpretation


Zgoda : Wydania dla niewiast. [volume] (Chicago, Ill.) 1900-1913, April 10, 1913, Image 7

Image and text provided by University of Illinois at Urbana-Champaign Library, Urbana, IL

Persistent link: https://chroniclingamerica.loc.gov/lccn/2017218620/1913-04-10/ed-1/seq-7/

What is OCR?


Thumbnail for 7

^ > ł *1
RODZIEWICZÓWNA.
Straszny Dziadunio.
Ciąg dalszy
— Piosenki, bracia I Kto nam za słowika
się ofiaruje? Ja umiem tylko hukać, jak bąk
błotny; będę was służył za basetlę.
Po chwili jeden głos począł śpiewać:
Hej użyjmy żywota,
Wszak żyjem tylko raz!
Kilkadziesiąt głosów zawtórowało ocho
czo :
Niechaj ta czara złota
Nie próżno wabi nas!
A czara złota młodości stała pełna. Na
dnie były dla jednych męty,dladrugich sło
dycz nektaru. Smak zależał od ust, które piły.
Nazajutrz wczesnym rankiem Hieronim
poszedł do kościoła. W przeddzień zamówił
mszę żałobną za przyjaciela i wysłuchał jej,
klęcząc w oddalonym końcu. Modlitwą tą
żegnał Petersburg, naukę, życie studenckie —
zaczynał nowy okres życia.
VI.
Wojcieszek.
Na pogodneni, wiosennem niebie, odcinał
się ostro szkielet nawpół skończonego mostu
z obu stron równo, jednostajnie, bielał świe
żutki nasyp kolei. W oddali buchały światłem
baraki robotników, wrzące zgiełkiem, a na
stronie, u brzegu rzeki, drzemała wieś długą,
czarną linią.
Robota dzienna była skończona. Na mo
ście stało dwóch mężczyzn, snadż przewodni
czących robotom, a na szynach kilku ludzi
otaczało ręczny wagonik, gotowy widocznie
do drogi.
— Żegnam pana i dziękuję —mówił star
szy do towarzysza, podając mu rękę. — Przy
jeżdżam tylko, by chwalić i podziwiać, niema
tu dla mnie roboty. Za miesiąc przybędę na
otwarcie drogi. Czy wyśpieszycie?
— Chyba wymarudzimy, bo prawie wszy
stko gotowe — odparł z uśmiechem młodszy.
— Co do mnie, wolałbym ten epilog odegrać
z panem. Nadchodzą szalone wypłaty.
— Masz pan wszakże Eljasmana i jego
kasę. Bierz, iłe trzeba i dawaj weskle. Gdy
mi rząd zapłaci, wykupię wszystkie. Pokła
dam w panu bezwarunkową ufność.
— To chyba ja w panu! — zaśmiał się
młody — wszakże to moje, a nic pańskie na
zwisko będzie figurowało na stęplowym pa
pierze.
— sa/mko jc«no. w szaK innie znasz,
panie Hieronimie. Co powiem, dotrzymam.
Eljasman był dziś ti mnie. Słyszał to samo.
Pieniędzy nie zabraknie. Tymczasem bywaj
pan zdrów, pilnuj tych zbójów —dodał, wska
zując zdała na robotników — i zostań mi, jak
dotąd, przyjacielem.
Młody człowiek skłonił się milcząc, i po
szedł za zwierzchnikiem w stronę nasypu.
Ludzie zajęli swe miejsca, inżynier siadł i mi
niaturowy wagonik potoczył się po szynach,
burcząc, jak bąk w ciszy wieczora.
Pozostały zawrócił z powrotem po ugina
jących się kładkach rusztowań. Na środku
mostu stanął, zapalił papierosa i, oparty o
galeryę, patrzał zamyślony na bystry wrir
rzeki pod stopami.
Hałas oddalającej się drezyny niemile mu
dźwięczał w uszach. Na nim zostawała ogro
mna odpowiedzialność, olbrzymia praca, cią
głą czujność i kontrola, nieograniczona wła
dza i rząd paru tysiącami ludzi. Straszno mu
się zrobiło, jakby przeczuwał nieszczęście.
Naczelnik wesół i spokojny wracał do ro
dziny, był pewien dobrego rezultatu, bez
trudu weźmie rządową zapłatę, zarobi dobrą
sumę. Miał na swe rozkazy unikat człowieka9
który myślał, rysował, liczył, wykonywał za
dwieście rubli miesięcznie, i uważał to jeszcze
za świetny los dla siebie, a zamiast zawiści i
niechęci, miał dla pryncypała wdzięczność i
przywiązanie. Gdzie się podziały marzenia
studenckie o świetnej karyerze, które go krze
piły do wytrwania w pracy?
Pięć lat minęło od chw*ili, Gdy tryumfują
cy ze zwycięstwa pił toast na zakończenie
biedy i trudu, szedł po należne trudy dla swej
wytrwałej pracy. W tych pięciu latach nie
spełniło się żadne marzenie, zaznał wiele dni
głodnych, wiele nocy bezsennych, o chłodzie
i zawiedzionych nadziei.
Przez ten czas był palaczem przy kolei,
przepisywaczem akt, zwrotniczym, korepety
torem, a portem, do którego się dobił, uważa
jąc za świetną posadę, były warsztaty kolej o
we, gdzie dostać pięćdziesiąt rubli wynagro
dzenia i obowiązek podmajstrzego. Nie dziw
więc, że obecny zwierzchnik wydawał mu się
dobroczyńcą.
Teraz pod koniec strach go zdjął; nie
chętnych miał wielu, którym kraść i próżno
wać nie dawał; dostawcy, nie mogąc go sku
sić łapówką, knuli intrygi; koledzy bali się
go i nie zaczepiali bez interesu.
Położenie było trudne, uciążliwe, niesły
chanie przykre dla prawej, otwartej natury.
Stal zupełnie osamotniony, broniąc interesów
pieniężnych i prawie honoru obcego człowie
ka.
Wiedział, że nie sobie buduje sławę, nie
sobie zbiera kapitały, nie dla niego będą po
chwały zarządu; sobie on tylko zrobił wro
gów, on, Hieronim Białopiotrowiez.
W tern w barakach ucichł chwilowo hałas
i do uszu stojącego doleciały piskliwe tony
ręcznej harmonii. Ludzie ci kamienni, zamiast
spocząć, tańczyli; kilkadziesiąt czarnych cie
niów uwijało się około ognia.
Inżynier się uśmiechnął. Ludzie ci byli
mu jedynym przyjaznym żywiołem w otocze
niu. 1 am nie knuto przeciw pieniu intryg, lu
biono go i szanowano powszechnie.
Złe myśli pierzchnęły spłoszone. Przy
pomniał sobie Eljasmana, wypłaty, rachunki,
rzucił niedopalonego papierosa w rzekę i ru
szył. gwiżdżąc, ku mieszkaniu.
Cóż znów! Miał sumienie czyste, nikogo
nie skrzywdził, wypełniał ściśle obowiązki,
wierzył w siebie, a był młody, więc troska nie
mogła go powalić i dziwną reakcyą myśl, za
miast smutnych obrazów ludzkiej ‘niechęci,
przyniosła mu na pociechę piosenkę jakąś,
którą zaczął nucić półgłosem.
Zeszedł z rusztowań, zsuną? się z wyso
kiego nasypu na brzeg rzeki i ruszył raźno
udeptaną ścieżką obok baraków*, pozdrawia
jąc rozbawionych.
Chór ochrypłych głosów odpowiedział
wesoło. Rzucił im parę rubli na wódkę i, po
żegnany grzmiącym okrzykiem, poszedł da
lej.
Mieszkał w budzie, skleconej z desek, o
paręset kroków dalej, otoczony warsztatami i
magazynami.
Na progu tego, wcale nie eleganckiego
pomieszczenia, wyciągnięty na burce, okurza
jąc się dymem fajki, czuwał stróż inżynierski,
w budzie świecił ogień przez małe okienka. /
— Bazyli! — huknął Hieronim zdaleka.
Człek się porwał skwapliwie i biegł na
wezwanie, wołając:
— Jestem!
Był to jednooki jego opiekun petersbur
ski, we własnej osobie.
— Jak się masz, stary! A jest tam co
zjeść przypadkiem? Karmiono mnie dziś po
chwałami i tysiącem poleceń! Tyle to warto,
co ciastka z kremem!
— Jc*t pieczeń i butelka wina, ale pan
chyba tylko popatrzy, bo zjeść pewnie nie da
dzą.
— Cóż tam nowego? Eljasman jest?
— Eljasman a, to niema, ale jest ktoś in
ny.
— Dostawca ?
— Nie wiem. Cudzy. Przyjechał pocztą.
Zjadł, wyspał się, siedzi i czeka na pana.
— A no, to mu zazdroszczę! Jadł i spal
niecnota. lłew'nie obywatel z propozycyą ja
kiego kupna.
Mrucząc, pan Hieronim otworzył drzwi
budy, potknął się na progu, uderzył głową o
uszak i zaczął kląć.
Bazyli pocieszał po swojemu, gderliwie:
— A po co pan taki duży wyrósł? Wszy
scy chodzą bez szwanku, a u pana codzień no
wy guz.
— To pewne, że mam kalendarz na glo
w*e — rzekł poszkodowany, otwierając drzwi
do biura.
Lampa z zieIon3*m kloszem rzucała nisko
na stół krąg jasności, oświetlając stosy ksiąg
i papierów, reszta pokoju była ciemna.
Hieronim rzucił czapkę i rękawiczki i, za
pominając o zapowiedzianym gościu, chciał
iść dalej, do swego osobistego mieszkania, gdy
wtem z kąta podniósł się strasznie chudy cień
człowieka i chrypliwy głos ozwał się posęp
nie :
— Nie poznajesz mnie?
Inżynier cofnął się pomimowoli, jak przed
widmem.
Nie, nie poznał dawnego, świetnego ele
ganta, a swego bratanka, w człowieku wy
nędzniałym, obrosłym, prawie łysym, którego
oczy szkliste wyglądały bezprzytomnie, a rę
ka, podana do uścisku, była sucha i gorąca.
— Wojciechu! — wyjąknął przerażony—
co się z tobą stało?
Widmo zaśmiało się krótko, przerażają
co.
Dyabli wszystko wzięli, wszystko! —
rzekł, krzywiąc się cynicznie. — Niema żony,
niema pieniędzy, niema stanowiska! Fiut, po
szło !
Hieronimowi pociemniało w oczach. Ba
zyli miał słuszność: nie dla niego był dziś od
poczynek, jadło i sen. Nowa troska wryrastała,
jak z pod ziemi.
— Gdzież żona? — zagadnął ogłuszony.
~ Uciekła do Paryża! Wszystkie one ta
kie! Trzoda! Mniejsza! Ale z nią uciekły ru
ble. Teść złajał i wypędził. Dzieci niema. Ot,
i zostałem na bruku!
— Nieszczęście! Cóżeś robił potem?
— Piłem i grałem; dopóki dawali żydzif
Chciałem wygrać, jechać za nią, żywą, czy
nieżywą przywieść napowrót?
— Pocóż ci ona, to błoto, ta awanturni
ca ?
— Żeby wrócić do teścia, do mego pała
cu !
i
Ilu! — spluną! Hieronim ze wstrę
tem.
Przegrałem! — ciągnął dalej Wojciech
ponuro — opublikowano mnie po gazetach!
W pierwszej chwili, na widok brata, żal
okropny chwycił za serce Hieronima. Widział
w nim ruinę życia, nieszczęśliwego rozbitka.
Chciał go wziąć wr ramiona, pocieszać, nat
chnąć nadzieją, pomódz, ile mógł, podzielić się
z nim kawałkiem chleba.
Teraz oburzyło się w nim wszystko. Kie
rozbitek to był nieszczęśliwy, ale nędznik bez
czci i sumienia. Ręce, wyciągnięte do uścisku,
opadły mu, odstąpił o krok, purpura oburze
nia okryła twarz, zmarszczył brwi, zagryzł
wargi i słuchał z niewypowiedzianą przykro
ją tej cynicznej spowiedzi.
(Ciąg dalszy nastąpi)

xml | txt