OCR Interpretation


Zgoda : Wydania dla niewiast. [volume] (Chicago, Ill.) 1900-1913, December 18, 1913, Image 8

Image and text provided by University of Illinois at Urbana-Champaign Library, Urbana, IL

Persistent link: https://chroniclingamerica.loc.gov/lccn/2017218620/1913-12-18/ed-1/seq-8/

What is OCR?


Thumbnail for 8

J/ył parę ra/y ustami, nim wydobył z siebie je
den wyraz:
— Sieci!...
Nie pytano o nic. Sawgard poszedł, pła
cząc. do spichrza po niewody. Ragis wziął
Marka za ramię.
- * Wypij, biedaku, wódki, bo się tu sam
rozchorujesz. Włóż surdut. ogrzej się. Bóg
w/tał. wola jego!
Młody człowiek wyrwał się gwałtownie i
wy.szedł, rzucając kalece okropne spojrzenie;
zacisnął zęby, aż mu zgrzytnęły, ale nic nic
rzekł.
Służba wzięła sieć olbrzymią i wróciła do
czółen, on sam siadł w najmniejsze i przodo
wał w tym smutnym połowie.
Zajęto pierwszą toń. Sieć cicho spadła
na dno rzeki i ogarnęła ją od brzegu do brze
gu. Ciągniono ją z łódek powoli. Sam w swetit
czółenku Marek płynął w ■-lad, jak za kondu
ktem pogrzebowym, i patrzał w wodę upar
cie suchą, rozszerzoną źrenicą. On jeden z
tych wszystkich ludzi nie płakał i nie despe
rował.
Wydobyto sieć i zbierano ią na brzeg
powoli, tamując oddech.
Pełna była ryb, ale Ircnki nie było. Za
rzucono raz drugi.
1 >/ień się robił na niebie *i ziemi, rozbija
jąc tumany mgły.
Rzeka pokryła się setką czółen: przyszli
chłopi, dworscy z folwarków, na brzegach
zbierał się tłum ciekawych, powietrze napeł
niło się płaczem kobiet, wołaniem wioślarzy,
wieść smutna piorunem szła po okolicy.
Wśród tego mnóstwa ludu. wśród tych
łkań i krzyków, wioślarz samotny na drobnej
łódce stał nieporuszony, i niemy, znieczulo
ny na drewno.
Tylko, ilekroć dobywano sieć, rysy kur
czyły mu się spazmatycznie i drganie prze
biegało członki, a wszyscy stawali i cisza
głęboka ogarniała brzegi rzeki. Ale oprócz
ryb niczego nie wyławiał niewód.
Oo południu stany li za jurgiskimi młyna
mn; stracono nadzieję odnalezienia zwłok,
zatrzymano się...
Tak kiedyś szukano daremnie ciała Ole
clmy Derpalis. Łupu swego nic zwykła odda
wać Dubissa.
Marek opuścił wiosło i wpadłemi oczy
ma spojrzał w niebo sine. gęste od chmur;
szukał tam wysoko ratunku dla rozdartej du
szy.
Ludzie przeziębił, głodni, opuścili ręce.
W tej cliwili z tłumu głos się podniósł i ktoś
sic przedarł aż do brzegu;
— Marku!
(Mbrzym spojrzał machinalnie. Nad wo
dą stal ksiądz Michał Nerpalis, za nim Ragi*
i panna Aneta.
— Chodź do mnie, dziecko! — powtó
rzył proboszcz — chodź, czekam!
Po chwili wahania młody człowiek, przy
wykły słuchać tego głosu, przybił do brzegu i
wysiadł.
i.enwie się trzymał na nogach; wsparł
się na wiośle.
— Pohamuj żałość, miej litość nad sobą,
nie masz prawa się gubić! — zaczął ksiądz
serdecznie. — Jeśli l*og ją wziął, na moc je
go nie poradzitn. Ludzie z sił opadli, niech
spoczną. A ty chodź zc mną, rozkazuję ci,
chodź!
Wziął go za rękę i pociągnął, a on szedł,
jak nieżywy, bez oporu i woli.
Dobiło go moralnie i fizycznie to ostatnie
nieszczęście.
Na drodze Clrcnis stał z wozem. Kazano
Markowi siąść, siadł; ksiądz z ciotką towa
rzyszyli mu, Ragis został dla rozkazów nad
r/cką.
Zajechali pod plebanię. ]»nsadzili go w
ciepłej izbic u komina, panna Aneta starła
mu pot i wodę z twarzy. Dał robić ze sobą,
co chciano, ani się odezwał, tylko nie tknął
jadła i napoju.
(idy nalegano, potrząsał tylko głową i
bezmyślnie, uparcie patrzył w og-ień komina.
Nic znaleźli. słowa .pociechy dla tej cichej,
bezmiernej rozpaczy!
L ~ta staruszki poruszały się modlitwą,
pleban chodził z kąta w kąt i palce wyłamy
wał ze stawów, wzdychając.
I’<* godzinie Marek wstał i ruszył do
drzwi.- Zastąpili nut drogę.
— (bizie idziesz? zostań! — wołali.
Popatrzył w oczy obojga z rozdzierają
cym żalem, do ich rąk sic pochylił.
— Zlitujcie sic nademną! Nie wytrzy
mam vy miejscu! Do Boga się pomodlę, gdzie
mnie nikt nie zobaczy! Pójdę, pójdę!
Proboszcz chciał zabraniać, ale panna
Aneta pociągnęła go za rękaw.
— Niech idzie, dobrodzieju, niech idzie!
Nie bójcie się. złego sobie nie uczyni, chrześ
cijańską, złotą ma zborję na duszy! Ale żal
niu serce rozpiera; niech idzie, może mu Bóg
lez użyczy! Może Zapłacze!
Marek wyszedł. Po chwili dopiero przy
pomniała sohie starowina, że go. puściła hez
kurty, w mokrej koszuli — wybiegła, ale już
go nie dojrzała.
W ielkinii krokami szedł taż drąga, którą
w ow pamiętny dzień sądu przeprowadzał I
renkę. Margas nieodstępny szedł za nim o
krok teraz i szła z nim rozpacz i niedola, a
w zimnej tali leżała ta urocza i dobra, co mu
z taką wiarą i radością oddawała wtedy serce.
('.dyby upokorzył pychę i dumę, żyłaby te
raz szczęśliwa i bezpieczna: onby ją ustrzegł
przed rzeką, samby prędzej zginął: uśmie
chałaby się do niego, złociła życie, dźwigała
w każdej trosce.
()dszedł i Bóg go skarał, zgnębił, nędzę
całą ukazał tego tryumfu i pychy!...
Kto go teraz dźwignie, uratuje, kto po
łoży ręce na wyjącą, zrozpaczoną duszę i po
wie: Pokój tobie? Kto?
Dewajtis stał na polance i płakał po
dniach lata. Odleciało odeń świergotliwe
ptactwo i rodzina orla rozproszyła się po
świecie, a chłody jesieni obrywały liść po liś
ciu z jego szat i rozrzucały po ziemi daleko,
jak szmaty złota i purpury.
Xa mchy i zeschłe paprocie upadł Ma
rek i zajęczał roz pierwszy od wczoraj, i dąb
ucichł w swej żałości i rtla się spytał go z po
litowaniem :
— Kto cię skrzywdził, miody, kto?...
Czy ludzie?... Bracia?... Ki© plącz, nie tyl
ko dla nich służysz i pracujesz! Źli przemi
ną, a ty zostaniesz olbrzymem!
Jęk nie ustawał głuchy, przejmujący.
Jak robak, leżał ten olbrzym i cierpiał.
— Co cię boli, młody, co?... Czy ci zie
mię zabrano i dom, i korzenie twe darmo
szukają oparcia wyrwane? Co cię boli?...
Ale głosu nie było na wargach zgnębio
nego, i tylko jękiem odpowiadał:
— Nic wstanę już — nie wtsanę! Boże
miej zlitowanie!
A drzewo snadź pojęło ten jęk, ho poru
szyło się aż do szczytu.
— Bóg ma prawo i moc nad tobą! Prawo,
jak ojciec! moc, jak pan! Jeśli on cię dotknął,
nie ożyjesz własną wolą! Proś łaski, jak ja po
proszę o wiosnę i słońce, a nigdy mi nic od
mówi!... A oto zamieram, a wierzę, że
zmartwychwstanę!... Wierzę, wierzę!...
— Boże, Boże, miej zlitowanie! — po
wtarzały bezdźwięcznie usta człowiecze.
I umilkło wszystko na chwilę. Dąb stał
bez ruchu, posępny, a biedny, bohater wił się
na ziemi bez głosu, bez siły do skargi nawet.
Nagle w tej ciszy ponurej rozległo się
dalekie szczekanie psa. O/.wało się parę razy
i jn> chwili zziajany, wpadł Margas na pola
nę, do nóg pana.
Marek głuchy był na odgłosy zewnętrz
ne: pies go trącił, zaczął drapać łapą po ra
mieniu. lizać po rękach, nareszcie usiadł na
ziemi przy głowie leżącego i skomlał i szcze
kał bezustanku.
Poruszyło to nareszcie nieszczęśliwego,
przypomniało życie. Długi czas minął, jak tu
zaszedł; wieczór zapadł. Podniósł się mozol
cie, skostniały był od zimna, febra nim trzę
są, głowa tylko pałała żarem.
Obejrzą się, zbierając myśli. Nie pamię
tał. gdzie się znajdował; po długiej chwili za
ledwie wróciła mu przytomność, spojrzał na
psa, jedynego wiernego we wszelkiej doli i
niedoli towarzysza.
:— Niema jej. Margas — szepnął — ni
czego niema! Tylko żyć trzeba, jak?
Pies wspiął mu się na piersi i piszczał, jak
by rozumiał, potem odbiegł o parę kroków,
obejrzał się i wołał szczekaniem.
Marek się zatrząsł. Czemu on go wzywa?
gdzie chce prowadzić? Może znalazł gdzie w
łozie to. czego daremnie szukali — zwłoki?...
Na tę myśl poskoczył naprzód, a pies
rad, że go zrozumiano, ruszył żywo, ogląda
jąc się ciągle i skomląc niespokojnie.
Nie nad rzekę go wiódł jednak, ale w
głąb dobrowy. między nieprzebytą gąszcz
malin, ożyn. chmielu, zawaloną na pół spru
ebniałem drzewem, które tu kiedyś przed la
ty burza podruzgotała.
.Margas czasem gubił siad, węszył i wra
cał, a Marek szedł, sadząc jak jeleń przez po
wały, nie dbając o kolące krzaki, co mu szar
pały odzienie, kaleczyły ręce. Mrok utrudniał
jeszcze bardziej tę drogę.
Margas był brzydki i złośliwy. Nie dał
się nikomu dotknąć oprócz pana. bywał czę
sto bity i wypędzany i stale głód cierpiał, bo
Marek czasu nie miał o nim pomyśleć; nawet
Ragis przypisywał mu złe skłonności i oprócz
morałów nic mu nigdy nie ofiarował. Zwie
rzę to clmde, o burej, nastroszonej szerśći,
dziko patrzące, miało jednak dobrą pamięć.
Nie zapomniał drobnych rąk dziewczy
ny, która niezrażona jego odstraszającą miną.
gładziła niekiedy jego kudły, pełne ostów i
pyłu drożnego; pamiętał, że w Poświciu da
wała mu clileb i mleko, a kiedyś karmiła pa
sztetem. Margas to wszystko zakarbował w
swojej wiernej psiej głowic i ślady jej znał
dobrze. To też choć błądził w gęstwinie, od
najdywał trop niewidzialny i doprowadził
pana, gdzie chciał.
Stanął nagle i z tryumfem zaszczekał,
zaglądając do otworu jakiegoś, zakrytego na
pół gałęźmi pnących się roślin, wybujałych,
jak w dziewiczej puszczy.
Marek padł na ziemię, rękami darł kolą
ce pędy, zdawało mu się, że tam w głębi coś
się ozwało, jak słabe stękanie.
iiyia to zapaouna locnow zamkowych,
czarna, głęboka. Mrok gęstniał z każdą
chwilą. Wyobraźnia ludu zapełniała te tajem*
nicze przejścia widmami krzyżaków zabi
tych. a wiecznie chciwych żmujdzkiej krwi.
Nie wiadomo było, jak wysokim był kory
tarz : mógł mieć na dnie otchłań, zrobioną
przed wiekami na pułapkę ścigającym! Stę
kanie podobne było do żałosnego krzyku
czerwonych sów, zaludniających zwaliska.
Wszystko to z szybkością błyskawicy
przemknęło w myśli Marka, gdy rozszerzał
otwór; ale nic powstrzymało go atii na chwi
lę.
Miał na sobie pasek długi, rzemienny.
Orżąceini rękami umocował go do zwalone
go korzenia, rosnącego tuż nad tą czarną ot
chłanią. drugi koniec okręcił około ręki, prze
żegnał Mę i zniknął pod ziemią. Spadł na ku
pę gruzów,^kamieni ślizkich i zgniłych liści;
znalazł się w zupełnej ciemności, nad głową
jego siwiało ledwie niebo i rysował się kon
tur głowy Margana, w prawo i w lewo wą
ski, wysoki kurytarz. (Ciąg dalszy nastąpi.)

xml | txt