OCR Interpretation


Zgoda : Wydania dla niewiast. [volume] (Chicago, Ill.) 1900-1913, December 25, 1913, Image 7

Image and text provided by University of Illinois at Urbana-Champaign Library, Urbana, IL

Persistent link: https://chroniclingamerica.loc.gov/lccn/2017218620/1913-12-25/ed-1/seq-7/

What is OCR?


Thumbnail for 7

Dewajtis
^• wi«ić wtpticmaa uwieńcz om m kon*
kuruc “Koryera WtnuwikMfo”.
w_
(Ci*g dalszy)
Jęk czy stękanie ucichło i znowu go o
garnęła rozpacz. Ten głos, było to złudzenie
rozdrażnionych- nerwów. Strachu on nie
znał, ale podniecenie chwilowe go opadło.
Czego on tu przyszedł? Pies może zwęszył
borsuka t Skąd mógł sądzić, że znajdzie w tej
gąszczy oduldenj zwłoki swej ukochanej ? O
szalał chyba!...
Gdy tak stal i brał już za pasek, by się
dźwignąć napowrót, nagle zastygła mu krew
w żyłach, pot obałł skronie. Gdzieś, tam w tej
głębi ohydnej, rozległ się ten sam słaby jęk,
ledwie dosłyszalny. Margas na górze skomlał
coraz zajadlej.
Marek, trzymając się ściany, zrobił kil
ka kroków. Zęby mu szczękały...
— Kto tani? — spytał głośno, szukając
zapałek w kieszeni, ale ręce mu opadły i sta
nął jak gromem rażony.
Z czarnej głębi dobiegł jego uszu słaby,
mdlejący glos; glos zmieniony, bez srebrnego
dźwięku i żywego wyrazu, ale znajomy — o!
jak znajpmy! ,,
% :— To pan? Ja wiedziałam, że pan przyj
ale*., już nie mogę!...
Jęk Kię-rozległ i grobowe milczenie.
Zapałka błysnęła w ciemności. Kilka nie
toperzy spłoszonych, musnęło go po twarzy, z
gzem su u sklepienia zerwała sic sowa i łopo
cąc okropnie, uniknęła dalej, otrząsając ze
ścian pleśń i kurz; zapałka rozświeeiła na
chwilę zakątki i zgasła, ale Marek już dru
giej nie zapalał. Dojrzał na ziemi, z głową na
akmieniu, leżącą postać dziewczyny, bez ru
chu już, jak martwą.
W ciemności padł na kolana «przy niej.
— O Boże! O Boże! — wyjąkał wybu
chem całej duszy. — Czy jest lepszy ojciec jak
Ty, i lepszy Pan? O Boże, Boże!
Chwilę rozszalały, obezwładniony szczęś
ciem, jak przedtem rozpaczą, klęczał z czołem
\v prochu, potem krew buchnęła mu do znę
kanego serca i rozpłynęła się jak falc ożywc/e,
gorące, młode, pełne woli i energii.
Na ręce wziął tę swą zgubioną, a Uzys
kaną cudem i ruszył do wyjścia.
Noc zupełnie zapadła. Irenka omdlała, bez
czucia, zwisła mu w ramionach. Podtrzymując
ją jedną ręką, mozolnie wydobył się na świat
i tam złożył na ziemi. Omdlenie przeraziło go;
chwilę stał, nic wiedząc co robić i odpędza
jąc Margasa, który z całą świadomością, że
on to był islatnym wybawcą, lizał ją po rę
kach i skakał wokoło.
owjmc j«/wicir2c i nifiKi nocy orzczwifO
dziewczynę. Życic wróciło jej na twarz, i na
reszcie z westchnieniem otworzyła oczy. Mi
zerne oblicze ponurego człowieka pochyliło
się nad nią, pełne blasków i szczęśliwości, a
jęło*, brzmiący niezmierną czułością, zapytał
z cicha:
— Czy panią co boli?
— Nogę zwichnęłam, padając... okropnie
bołi. Czy to już późno? — odparła słabym
głosem, próbując się uśmiechnąć.
—Około dziewiątej godziny. Dobę szuka
my pani! Gorsza niż wiek taka doba ? — rzekł
głucho, *
— O, wierzę, bo i mnie się tak wydało,
ale byłam pewna, że pan mnie znajdzie! Że
by nie ta noga, dobyłabym się sama może!
Ale z bólem tym nic mogłam się ruszyć, ani
głośno wołać ratunku. Jęczałam i mdlałam na
przemiany. Pić mi się chciało okropnie i na
reszcie płakałam w poczuciu swej bezsilności.
Tak mi wstrętnem było zginąć podobnie! Aż
gdy posłyszałam psa, poczułam, że to Marłaś
i pan, ale już sił nie miałam s*olać! Ocli, jak
to miło żyć!...
Odetchnęła i wzdrygnęła się cała.
— Jak tu zimno! — szepnęła.
— Można panią zanieść do domu? — spy
tał nieśmiało.
— Przecież pan mnie tu nie rzuci, a ją
isć nie mogę. Ależ pan pokaleczony i obdarty.
Odzie pan surdut i czapkę zgubił?
— Nic nie wiem, co się ze mną działo od
wzeoraj! — odparł, uśmiechając się.
W ział ją na ręce, jak piórko, i ruszył, nie
czując ciężaru, kierując się na huk rzeki.
— lak zimno! — szepnęła po chwili,
Nie miał czem jej otulić, ale w piersi biło
mu gorące serce wielką miłością, co już wszy
stko zwyciężyła.
-Czemu pan .się uśmiecha? — spyta
ła spoglądając ku niemu.
•— ź^e szczęścia! — odparł wesoło i szcze
rze.
Aamiikla na chwilę.
— Przed dwoma miesiącami czemu pan
nic czuł? Nic się nic zmieniło! A ten czas
jak nam zszedł obojgu? Czy bardzo milo pa- ♦
nu, bo mnie to wcale! Coclzicń myślałam, że
pan przyjdzie i smutniej mi było z dnia na
dzień ! Zawiodłam się na panu, miałam za lep
szego, niż jesteś w istocie. I teraz może odnie
sie mnie pan do pustego domu i uspokojony
pożegna na zawsze i odejdzie -pyszny i dum
ny ? Nie będę się nawet dziwiła!
— Jpż nic odejdę i nie dumny jestem...
Wole znosie ludzkie oszczerstwa, rolę sługi,
rezydenta, co pani każe, ale drugiej takiej do
by nic zniosę! Silny jestem, ale nie na takie
rozpacze; wytrzymały, ale nie na taką mękę!
.Pani mówiła kiedyś, że duszę mą w żar trzeba
włożyć, by zmiękła. . . Wykuła ją na taką mo
dłę, jak pani chciała, ta noc i dzień... Jest
potęga co mnie zmogła i takim wobec niej po
krony, jak małe dziecko!...
Mówił to urywając i wahająco. Miała
prawo i sposobność zemścić się na nim za da
wną odmowę, podrożyć się teraz ze sobą. U
śniiechnęła się wprawdzie z tryumfem, ale za
miast odwetu, objęła go rękoma za szyję i po
łożyła ciemnowłosą głowę na jego ramieniu,
a on, mimownli, niezdolny’ słowa wymówić,
przycisnął ją silniej do piersi drgającej szale
nie.
— Bardzo panią noga boli? — zagadnął
po chwili z cicha.
Zapomniałam! -— odparła — sadze je
dnak, żc bardzo będzie bolała l>otcm, w Po
świciu. Teraz mi tak dobrze... Ale'panu pe
wnie ciężko dźwigać taki ciężar?
— Czy ja co dźwigam?... — rzekł weso
1° — zapomniałem ! Pędzie mi ciężko potem —
w Poświciit!...
Uśmiechnęli się oboje sobie w uczy.
— Już nic będziesz krytykował bojek,
Wejdawucie! — rzuciła żartobliwie. — Cdz.ic
znajdziesz teraz miejsce na otchłań między
nami.-' Jedną mamy drogę przed sobą, jeden
ceł, jedno serce... Czy ci czego brak jeszcze?
Tak dobrze żyć na świecie... Tak dobrze!...
*— Tak dobrze! — powtórzył półgłosem,
ogarniając ją spojrzeniem.
— Kto panu doniósł o mojem zniknięciu?
— zagadnęła |>o chwili.
— Sawgard wczoraj wieczorem. Przez te
dwa miesiące borykałem się sam z sobą; głu
pi, myślałem, żc zmogę kochanie... i takie)
Dzień i noc pracowałem, zebrałem znowu ty
siące, rósł mi grosz w dłoniach, a słabość w
duszy. Hoże, Hoże! co to za męka! I na co się
zdała?... Omijałem Poświcie, drżałem na
myśl przypadkowego spotkania się z panią! I
cóż z tego?... Nocą, jak złodziej, płynąłem
do parku przekradałem się gęstwiną, by na
dom popatrzeć; trzy razy byłem, przeklinałem
siebie, pogardzałem i po paru tygodniach szc
dłeni znowu— Oto moja siła i wola!
Ręce Irenki zacisnęły się mocniej na jego
szyi, około swych ust poczuł jej oddech — jalc
pożar przeszedł mu on po tętnach i twarzy!
Pochylił się nieco i ten chłodny, dumny,
olimpijsko spokojny człowiek sam się nie spo
strzegł ani opamiętał, jak ucałował usta swej
królewny gorąco i długo, rozszalały szczęś
ciem i kochaniem...
Potem nie mówili nic więcej. On może
karał siebie za ten brak woli i sił, ona uśmie
chała się z głową na jego ramieniu i marzyła,
nie troszcząc się* o drogę, o ból nogi, o noc po
nurą wokoło. Kie skarżyła się na chłód nawet.
Nagle ocknęła się, bo 0n stanął.
— Odzie my jesteśmy? — spytała obojęt
nie.
— Nad rzeką; muszę panią tu zostawić i
poszukać na wybrzeżu czółna. Nit* boi się
pani ?
— Ja się niczego nic boję! Alboż pan nic
ze mną, blisko;*... Proszę mnie położyć pod
drzewem i zostawić mi naszego psa. llędę cze
kać cierpliwie.
i mieścił ją troskliwie, a sam pobiegł kra
sem. Nic upłynęło kilku minut, pluskało
wiosło. Rzeka ich porwała i poniosła w stro
nę Poświcia.
W parku wziął ją znowu na ręce. JWe
dworze nie spano. Sawgard ze służbą płakali
w oficynie, po dziedzińcu snuli się ludzie,
wzburzeni wypadkiem. Raptem, wśród tych
szeptów, głuchej nocy i snujących się postaci,
zabrzmiał, jak trąba anielska, donośny głos
Czertwana:
— 1,udzie! Otwierać dom! (bizie Saw
gard ?
— Jezu Nazareński! Panienka! — za
wrzeszczał dzikim głosem pierwszy, co się
zbliżył.
Powstał zgiełk nie do opisania. Zawrzało
jak w kotle. Potracili wszyscy głowy. Pilcmon
biegał, jak młody, Sawgard to śmiał się, to
szlochał.
Krzyżowały się tysiące zapytań, opowia
dań, rad, wykrzykników. Znosił każdy jadło,
napoje, drzewo do komina, bandaże, szarpie,
cudowne odwary, a wśród tego Irenka się
śmiała uszczęśliwiona, wzruszona tą troskli
wością, a Marek patrzył w nią, jak w słońce, i
promieniał.
— Na to zwichnięcie nikt nic pomoże bca
mojej ciotki — rzekł wreszcie. — Niech Ju-st
ka ułoży panienkę, a ja pobiegnę do domu »
ciotkę przyślę.
— mwiię jeszcze — zaprotestowała J
renka. — Założą konie dla pana, a tymczasem
spożyjcnij uc dwoje św;; zaręczynowy ucztę...
W pół godziny <pnteni pędził Marek, co
koń wyskoczy, na plebanię.
1 tam czuwano jeszcze, bo się zaczynano
o niego niepokoić, i Kymko właśnie z Creitt»
sem mieli iść na poszukiwania.
Wpadł do stancy i jak burza.
— Dobry wieczór — pozdrowił wesoło.
Struchleli. Na myśl im przyszło, żc osza
lał...
— Żyje panna Orwidówna! — zawołał,
chyląc im się* do rąk.
— Matko cudowna! — krzyknął Hagi*,
wytrzeszczając oczy — a ty ją gdzie wynala
złeś? I poco my się tyle nagryźfi?...
— W lochy wpadła przypadkiem, tam, w
jerzynowym gąszczu.
— To zawsze tak z łakomstwa. Ma się
rozumieć; “Chciało się /.osi jagódek!” A tu
jegomość o niszy żałobnej rozmyślał! Skara
nie Hoże z dziećmi i kobietami!...
— Chwała cudownej Panience! — rzekła
panna Aneta — a czy zdrowa biedaczka? Tył#
godzin strachu o głodzie i chłodzie!

xml | txt