OCR Interpretation


Zgoda = Unity. [volume] (Chicago, Illinois.) 1914-current, June 11, 1914, Image 3

Image and text provided by University of Illinois at Urbana-Champaign Library, Urbana, IL

Persistent link: https://chroniclingamerica.loc.gov/lccn/2017218622/1914-06-11/ed-1/seq-3/

What is OCR?


Thumbnail for 3

Blanka
Halicka
Obok Szczęścia.
POWIKŚĆ.
(C!*k dalszy)
Skoro tylko nastąpił odpoczy- I
nok po tańcach, od których w ża- i
den sposób usuwać się nic ino-!
głąby bez zwrócenia uwagi wszy
stkich, a przedewszystkiem swej j
opiekunki. Terenia Darowiczó-j
wna wysunęła sic niepostrzeżona j
i balowej sali na taras, a stam- 1
tąd do ogrodu, gdzie jaśniały w
powietrzu pozawieszane na drze
wach tysiące latarni papierowych
zielonych, błękitnych, fioletu-'
wych i czerwonych.
Wspaniały park sławieki, z ol-!
brzymimi trawnikami, z zielone-!
nu ścianami strzyżonych lip. —
wzdłuż których bielały posągi ze '
swemi alejami z prastarych, nic-;
botycznych drzew, wyglądał w tę ■
jasną, gwiaździstą noc, jak istny i
zaczarowany jakiś ogród wróżek.
Kilkanaście osób, wyszedłszy
t sali balowej, gdzie panowało
niemożliwe gorąco, przechadzało
się po szerokich szpalerach par
ku.
Terenia słyszała z daleka ich
głosy i śmiechy.
W eszła w samotną długą aleję,
gdzie nie było dotąd nikogo.
Miała w tej chwili jedną tylko ;
mysi, jedno życzenie: chciała i
być samą.
Usiadła wreszcie na samym
końcu alei, na półokrągłej ka
miennej ławce, nad którą wzno>ił
się smukły, cudny posąg Miner
wy, w długiej, fałdzistej szacie i
w hełmie na głowie.
Szereg różnobarwnych latarni,
przytwierdzonych na lipach, zwie
szał się nad ławą w półkole.
Cicho było, pełno nawpoł mro
cznych, czerwonych, 'błękitnych
i ciemno - fioletowych bla-ków,
jak w starych kościołach gotyc
kich. gdy ostatnie promienie za-*
chodzącego słońca przeświecają
przez kolorowe witraże.
Terenia, wysoka i smukła, w
białej swej sukni, siedząc tak nie
ruchomo, wydawała się sama.
jakby niezmiernie smutnym i po
etycznym posągiem tęsknoty, o
.»łakującej szczęście utracone.
I rzeczywiście serce jej płaka
ło po tern szczęściu, którego za- i
znać już nie miała nigdy, lecz
w żalu tym nie miała nawet
wspomnień chwil radosnych; o
na szczęście to, skarb ten posia
dała niegdyś w marzeniu jedynie,
tylko w skrytych, dziewiczych
swoich snach.
Chłód i nocna rosa przejmowa
ły zimnym dreszczem jej szyję i
ręce odsłonięte w wyciętym sta
niku — a ona nie ruszyła się z
miejsca.
Zaręczyny Romana!
Wesołość, tańce, śmiechy!..
Nikt nie wie; nikt nic pyta o to,
ze jej serce szarpie ból, / że dla
niej dzień ten smutniejszy od po
grzebu.
Od jak dawna kochała go, nic
umiałaby powiedzieć sama.
Może już od tej chwili, kiedy
pani Sławska przywiozła ją do
siebie wprost od łoża śmierci jej
matki, dwunastoletnią wówcz;^
dziewczynkę, biedną sierotę w za
łobnej sukience.
Ta droga... dobra pani Sław
-ka! Ryła odtąd dla niej praw
dziwą matką! Dotrzymała przy-,
rzęczcnia, danego umierającej
przyjaciółce, której w chwili zgo
nu jedyną myślą ibyła ta córka,
zostająca na świecie sama jedna.
Historya rodziców Tereni ibyła
HISTORYA
Związku Mirod, Pilskiego
tip w Astry** NI,
Kalątks •*•}••)%<» 741 ttr
ItraMn, ■ llcineml ty
•Iwal T pofV*Uail pUrwacyck
P«arf* tBlffMyi, Mtatyptelt
ZwtMka I ItM prwwodaikkw.
ukMMZalpkn N
r.
Ona tktmk bOum wym* i ariywfłkf
36 etntów
DzMk Związkowy
MN V. MMm 8. Ckiup. HI.
krótka i smutna, jedna z tych. ja-!
kich wiele jcm na swcicic. a o kto \
rych wiemy tak mało.
L>\vojc młodych, pełnych zapa
łu i ntarzeu. a nic mających ani
gros/a, pobrało się z wielkiej mi
łości.
net zajrzała im w oczy rze
czywistość twarda, nieubłagana.'
Zaczęły się czasy trudów, walk :
z losem i niedostatkiem, aż w pa- j
rę lat on umarł praw ie nagle, zo- j
stawiając wdowę i małą Jureczkę
bez żadnego sposobu do zvcia.
Nie miała nikogo / rodziny, o
prócz jedynej, starszej dużo* sio
>try w klasztorze. Była zbyt du
mną, żeby znajomych, obcych o
pomoc prosić.
ł rzebijała się więc prze/, życie |
jak mogła, pracując ciężko, nie
raz niedosypiając po nocach, aby
zarobić na chleb dla ciebie i dzie
cka— aż w ko ńcu. j>o kilku latach
takiego życia, stargały się jej si
ły i umarła cicho, zostaw iając có- •
reczkę ukochaną opiece tej tprzv- j
jaciółcc młodości, z którą nie wi
działy się już lata całe. a która,
na wieść o jci smutnem położe
niu. zaraz przybiegła do niej z l
pomocą i słowami pociechy.
l’ięć lat minęło dopiero r*d tc-'
go cza-u. a Tereni wydaje się. że
to już tak dawno, tak niezmier- i
nie od niej daleko.
C.dy pani Sławska przywiozła
ją do \\ ierzłmwa. Roman właś- 1
me był tam na wakacyach. Odra-'
zu zajął >ię biedną sierotką, jak |
siostrą rodzoną: dobry był dla
niej, o. jaki dobry! i ona odrazu
też pokochała go jak brata i wt-j
działa w nim uosobienie \vszvst- !
kich doskonałości 1’ozniej, gdv |
z dziecka wyrosła na pannę, tui- 1
łość ta wciąż jeszcze, jakby z nią
razem, wzrastała, i z ipołd/.iecin
nego, pełnego naiwnego zacłiwy-:
tu przywiązania, zmieniła się w
to potężne, bezbrzeżnie czyste i
serdeczne uczucie, które teraz i
płakało w jej sercu.
Przyszła inna, przyszła piękna.,
zalotna, uśmiechnęła >ię kilka ra
zy, spojrzała czarująco, powie
działa kilka gorących słówek i'
zabrała go jej całego...
Od cza»u gdy tamto kochał, i
nie spojrzał prawie na Terenię,
dawną swoją przyjaciółkę. -v\oią
siostrzyczkę, jak ją zwykł był na-1
zywać. Nie miał czasu... piękna'
narzeczona zabierała mu każda |
chwilę — zabrała duszę, serce, u
mysł i wolę.
Nie wiedział, nic domyślał się
nawet, że obok niego i z jego wi
ny, płacze i cierpi biedne serce,
całkiem jemu oddane.
Nic wiedziała nic i pani Sław
ska.
O. nie! Biedna sierota, wycho
wana z jej łaski, będzie miała
dosc dumy, aby jak przed Koma- i
nem. tak i przed tą matką pr/y-!
braną ukryć bolc.-ną swoją taje
mnicę.
Ale jak żyć dalej?
laka jeszcze młoda, tyle, tvlc
lat przed nią leży, a tak ciemno
już, tak strasznie pu>to i ciemno!
Zbudził ją z tych smutnych
marzeń głośny wykrzyknik tuz
koło niej.
Mirski stał przed ławką, trzy
mając w ręku długą, białą zarzu
tkę balową.
— I o chyba trzeba mieć bzi- ,
ka! Panno Tereniu! Cóż to za
szaleństwo! Jak można było wy
chodzić w balowej sukni, be/ ża
dnego okrycia! Nic mogłem zna
leźć .pani nigdzie w domu, nato
miast znalazłem jej zarzutkę, d»>
myśliłem się więc zaraz, co za ko
losalne głupstwo strzeliło pani
do głów y, i przyszedłem tu zaraz
zęby panią porządnie /burczeć!..
Okrył białą pelerynką jej od
słonięte. drżące od chłodu ramio
na. Podniosła na niego w'zrok pe
łen wdzięczności.
— Jaki pan dobry! Dziękuję,
serdecznie dziękuję!
Była tak przygnębiona i roz
żalona. że ten drobny dowód tro
skliwości o nią, ze strony tego
ndłcego, w tej chwili, kiedy czuła
się tak samą na świecie i tak ni
komu na nic niepotrzebną, (poru
szył ją aż do łez.
— Dziękuję, pan bardzo dobry
— powtarzała cicho, a łzy, któ
rych powstrzymać już nie była w
stanie. jedna za drugą szybko
spływały po jej twarzy.
Nie czuła juz siły do panowa
Ilia dłużej nad sobą; prJytcm nie
potrzebowała ^i> wstydzie,
^nał ją od dziecka, niedawno na
zywał ją jeszcze po imieniu, był
bli/ko o dwadzieścia iat od niej
starszy i przez kalectwo swoje
także nieszczęśliwy.
Mirski patrzył na nią z litością
niezmierną.
Biedne. Biedne dziecko!
<^>na nagle wstrząsnęła głową i
otarła łzy prawie gniewnie.
W ?tyd mnie przed panem,
tak wstyd! A tak myślałam, że
nikt nie będzie o tym wiedział!
Jak mogłam tak nie mieć siły
nad sobą! Ale żeby pan mógł wie
dzieć, ile ja już przeszłam przez
te dwa ostatnie tygodnie, toby
się pan nie dziwił...
I znów krople łez zaczęły cicho
padać na jej białą suknię.
— Tereniu! Tereniu! — mówił
Mirski, wzruszony do głębi, na
zyuając ją znów ipo imieniu, jak
z.a dawnych lat. — Gdyby to o-i
demnic zależało... byłbym zrobił'
wszystko, żebyś tylko była szczę- !
śliwa!.. Odradzałem mu jak mo
głem bywanie w Sławicach, bo
uważałem już. na co się zanosi,
a wiedziałem, żc... ty go ko
chasz! Ty może nie wiesz. Tere
niu. że ten złośliwy, zgryźliwy
Mir-ki. którego ludzie nic lubią,
nazywają sceptykiem i dziwa
kiem. ma w duszy jeden kącik ja
sny> jedno małe światełko, a tein
jesteś ty, moje dziecko drogie.
Nie weźmiesz tego chyba za wy
znanie miłości z mej strony_i
dodał z wymuszonym, chrvpli-!
wym jakimś śmiechem — ślicz-j
tiicbym wyglądał w roli koeban '
ka z moim garbem i uroczą tizyo- j
gnomią! To chyba nie miłość, bo j
prawie. prawie bez żalu mógł
bym cię widzieć obok innego, by
łem wiedział, że ten inny da ci
Szczęście. dalszy nastąpi)
Za co m łowano Kono
pnicki;?
( I)ok« uleżenie >.
I oto takie wyodrębnienie w u
czuciu jednej cząstki dla niej, >a
niej .usamowolnienie jej niejako
ze siużehniczcgo stanowiska, by
ło to oryginalną właściwością pie
śni, która uczyniła z Konopnic
kiej wyrazieielkę tęsknot mło
dzieży — rozumie się młodzieży
ówczesnej... Ho szybko biegną
czasu tale... Dodajmy do tego
poczucie winy społecznej, znaj
dujące wyraz w pieśni świtowej,
dodajmy do tego krwawemi zgło
skami wypisane w sercu wyrazy :
czyn, ofiara , czyn. ofiara dla
tych, którzy, "gdy kościół pełny
stoją przed kościołem". uprzv
tomnijmy sobie ten przesinętny
obrazek "w wiejskiej szkółce”, ai
zliczymy tak owe ton\, które nie-1
gdyś zapał budziły w sercach j
młodzieży. ..
W ina silnych przestaje być wi
ną. ^ajc si< krzywdą. Staje się
zwłaszcza z chwilą, gdy zamiast!
czynie wyrzuty widmu "społe
czeństwa” luli rzucac w błękity
'karm; trzymamy >p<>jrżenia na
stałych stosunkach nkreślonscli
warstw. I c warstwy u Konopnic
kiej. to przeważnie dwór i chata.
Miasto nic gra u Konopnickiej
samoistnej roli. I.ud dla pieśniar
ki — to niemal wyłącznic lud
siermiężny. Nizka zagroda. chan
— z jednej strony; zamia* “spo
łeczeństwa — dwór z drugiej. I
oto słowo krzywda wyczerpane
zostało, ścic/ka miedzy chatą i
dworem zarosła cierniem i głoga
mi.' nie widać na niej siadu sto
py dobrego człowieka. Chłopskie
gwiazdy w rolę jak łzy pospada
ły. “W ykopiesz ty skarb bogaty,
gdy/ ta rola zaorana, i talary i
dukaty nie dla ciebie — dla pa
na”.
Otóż i przeciwstawienie. Oto
najistotniejsze znamię tych, co
poszli szlakiem lewym.
Rozumie się, pieśń nie zawie
ra i nie może zawierać żadnych
rozwiązań. Pieśń, jak od wie
ków bywało, budzi tylko serca i
sumienia.
Z biegiem czasu zagadnienia,
które pochłaniały w mocniejszym
stopniu wewnętrzną energię poet
ki. traciły swą palącą ostrość. W
usposobieniu zapanowała równo
waga. Zamiast zgrzytliwych wy
buchów rozlegają się tony spo
kojniejsze, melodyjniejsze i czyst
sze, i zarazem silniejsze niekiedy,
gdyż wrzące od ukrytego pło
mienia namiętności. Z uciszeniem
się wewnętrznych burz następuje
też rozpalenie się tej poezyi w
najcudniejsze “lmjc j dźwięki ’.
Staje *ię ona wrażliwszą na sub
telniejsze odcienie czy w przyro
dzie. czy w sercu człowieka. W y.
zbyw s/y >»i\: zahypnotyzowania
sv\ej;o. dusza pieśniarki pokuła
się wolniejszą, choć pozostała nie
mniej smutną, poczuta się śpiew
niejszą. hardziej otwartą na każ
de spotkane piękno i na każde
w zruszenie. Częściej tez może niz
dawniej zaczęły się rozlegać oso
biste nuty, lecz myśl o ziemi je^t
wciąż wszechobecną, l.irenka siel
ska zmienia się często w jjęśl Je
remiasza. skarży się, że dęby na
sze starodawne nie od pioruna
poległy w swej sile. marzy, że
jak przeminie sto dni. sto nocy,
wstaną rycerze w serc żywych
mocy. wstaną rycerze. do>iędą
konie, zapalą gwiazdy w złotej
koronie...
I
Słyszymy tu nowy, energiczny
ton. Braknie wprawdzie poprzed
niej ufności w dobroczynne skut
ki światła, w jednostronne wysił
ki dobrej woli. Zapewne, każe
nam poetka “wziąć chłopskie to
| dziecię, co stoi przed nim w słu
żebnej pokorze i... w syna swo
jego ramiona popchnąć..." W o
golności jednak biorąc, opuszcza
k've filantropijne nieco stanowi
sko, odwołuje się do zasobów
czynnej energii społeczeństwa,
albowiem “męże i ludy los taki
tu biorą, jakiego serca czują się
godne". A zatem "do zwartych
bram uderzcie szturmem du
chy”.
Za to miłowano Konopnicką.
A. Drogoszewsłri.
GAZETKA DLA DZIECI.
KOMINIARCZYK KRÓ
LEWSKI.
W czasie panowania ostatniej;'*
króla polskiego. Stanisława Po
niatowskiego, miało miejsce na
stępujące, zapisane w kronikach
zdarzenie:
Na Marycnsztaazie mieszkała
iv«lowa po -lu-arzu r. trojgiem
dzieci, dwoma córeczkami i naj
starszym synkiem, ośmioletnim
Piotrkiem. Matka mu-iała ciężko
pracować na utrzymanie rodziny.
Syn jakkolwiek dla swoich zalet
wielką sprawiał jej pociechę,
trwożył jednak ze względu na
zdrowie, b\ ł bowiem delikatny,
wątły, a nad wiek mały i szczu
pły.
Piotrek miał wielką ochotę do
nauki, na szyldach nad sklepami
i na kartkach drukowanych, po
rzuconych wsrod śmieci nauczy]
się czytać.
Dnia pewnego w odwiedziny
do wdowy przyszedł sąsiad jej
Bartłomiej, star-z.y kominiarz.
— Moja pani Mateuszowo —
rzekł — widzę, że koło was bar
dzo kuso, nie możecie sobie dać
rady. aby koniec z końcem zwia
zać. Syn rośnie, trzebaby o nim
pomyśleć.
— Ciężkie ż_\cic. panie Bartło
mieju — odrzekła z westchnie
niem wdowa — ale jakże mogę
sobie radzić inaczej? Dzieci nu
le. a Piotrek taki -łabowity. do
terminu go .aldać nic mogę.
— Pewno — odrzekł kominiarz]
Piotrek miota kowalskiego nic:
|HKłniesic. hebla tul* piły nic po ]
>unic. a!e ilajeie mi go. szczupłej
i zręczny — łatwo w komin wle
zie. Szczególniej na zamku kró
lewskim jot jeden taki \vą>ki ot
wor w k. minie. ze żaden z mo
ich chłopców i czeladników nie
mieści się. Piotrek rychtyk ndai-j
by mi si«. do tego.
— Zmiłujcie >u — zawołała |
przestraszona matka — a toć »;• •;
>adza i dym zadławią.
Ale 1’iotrcK, który całej tej ro/-i
mowy wysłuchał. jx*skmwł raz-;
no do matki i tak powiedział:]
— ł >roga matulu, nic hójta siej
o mnie. iuz ja sobie poradzę, z!
majstrem pójdę, on mi pewno coś
m pracę ofiaruje, to i pomoc dla
matuli będzie. .
-T- Walny z ciebie chłopak —
rzekł pan Bartłomiej uradowany
— harda dusza w niewielkiem
ciele, nic pożałujesz tej swojej o
choty.
Od owego dnia Piotrek został |
kominiarczykiem i to najmniej
szym pomiędzy w - 'ystkimi komi
niarzami w catej W arsz.awie.
W zamku nucs/kanic króla u
rządzone było z wielkim przepy
chem. W gabinecie wisiały pięk
ne obrazy, stało mnóstwo cen
nych i pięknych przedmiotów.
Tam każdego dnia Stanisław Po
niot<>w»ki po obiedzie układał się
do krótkiej drzemki, skryty za
prześlicznym szklanym parawa
nem. Przed położeniem się jed
nak zdejmował zwykle z siebie
wszelkie kosztowne ozdoby: pier
ścionki, dw'a złote zegarki, jak to
było wtedy w modzie, tabakierkę,
łańcuch złoty z gwiazdą brylan
tową i wszystko to składał na
stoliku.
Pewnego dnia zmęczony król
ułożył się, jak zwykle, na sofie i
^iż zaczął zasypiać, kiedy nagle
zbudził go niezwykły szmer, idą
cy od strony ślicznego kominka.
I>ziało się to w parę miesięcy
po owej rozmowie ubogiej wdo
wy a sąsiadem Bartłomiejem.
Poniatowski zdziwiony pod
niósł się iw\vp(>l i przez szklany
parawan, zwrócił oczy w stronę
kominka, z którego niespodzie
wanie wyskoczył kominiarczyk
mały, czarny, jak dyabełck.
Piotrek, gdyż to on był owym
kominiarczykiem. rozejrzał się
naokoło, a nie widząc ukrytego
za parawanem króla i sądząc, ze
jest sam w tym cudownym przy
bytku. stanął zdziwiony i za
chwycony wspaniałością otocze
nia. 1'jrzawszy wizerunek jakiejś
bogini greckiej, wziął ją za świę
tą i pobożnie przeżegnał się. Każ
dej rzeczy przyglądał się z uwa
ga. a przed zbiorem książek w
ślicznej oprawie przystanął w
zachwycie.
W reszcie, ujrzawszy bogate
kosztowności królewskie. pod
szedł do biurka, włożył na siebie
łańcuch / gwiazdą, zegitrki, czar
ne rączy ny ozdobił pierścieniami
i zaczął przeglądać się w dużem.
-ięgająccnt do podłogi lustrze,
przyczem smial się, wykrzywiał,
tańczył i skakał wesoło.
Można sobie wyobrazić, jak
kroi bawił się tą całą sceną.
W różcie Piotrek, nasyciwszy
się widokiem wszystkich cudow
ności. złożył ostrożnie na swojem
miejscu cenne przedmioty i u
kłoniwszy się soł»ie w zwierciadle,
szybko zniknął w kominie.
Król sądził, że kominiarczyk
przywłaszczył sobie coś z podzi
wianych klejnotów. Przeliczył je,
niczego nie brakowało, tylko od
ciśnięte ślady na posadzce świad
czyły, z.e to nie sen i ze kominiar
c/.yk był obecny przed chwilą w
k< •mnacie.
Zaciekaw iony król polecił zaraz
dowiedzieć się, kto wycierał ko
min dnia tego i kominiarczyka
przypr •wadzić do siebie.
I bratu ubogo, ale chędogo,
stawił się Piotrek z hijącem ser
cem przed obliczem królewskiemJ
Spodziewał się kary za śmiałe!
wejście do gabinetu, lecz jakież
było zdziwienie chłopca, kiedy
król zapytał go łagodnie, co mu
się najlepiej podobało, czy chciał
by umieć czytać z takich książek,
jakie tam widział?
Wzruszony Piotrek upadł do
uog królewskich i opowiedział,
jak bardzo pragnie się uczyć, by
zostać podporą dla biednej mat
ki i siostrzyczek.
Obecny przy tern widzeniu
króla z kominiarczykiem książę
Jozef Poniatowski, rzekł:
— Najjaśniejszy wuju, pozwol
mi zając >ię tym małym, chcę go
wychować. W idzę w nim szcze
ro sć i odwagę, to rokuje, że sta
nic się dzielnym żołnierzem.
— Dobrze — odrzekł król —
weź tego chłopca pod swoją o
piekę. a ja zajmę się jego matką
i siostrami.
Następnego dnia Piotrek od
dany został do szkoły t w krót
kim czasie wyróżnił się z pośród
innych uczniów. Książę Józef do
wiadywał się często o swojego
wychowańca, czekając z niecier
pliwością chwili, w której będzie
m<*gł umieścić go w korpusie ka
detów. *
Można sobie wystawić radość
Piotrka, skoro po wzorowo od
bytym egzaminie otrzymał mun
dur granatowy.
Tymczasem król zajął się lo
sem rodziny Piotrka: matce wy
znaczył pensyę dożywotnią, a
dwie córki jej kształcić na awój
koszt polecił.
Nadeszła jednak chwila walki
w obronie kraju, K»iązę Jozef
Rekonwalescenci,
cxyli osoby wracające do zdrowia po chorobie, po
trzeboją czegoś na wzmocnienie sił i na odbudo
wanie krwi
Seyery Balsam Życia
(i>ezera‘s Balsam of Life)
jest używany i do ubywania w tym celo poleoany, po
nieważ znane są ogólnie jego wzmacniające i odźy
wcze właściwości. Działa on na narządy trawienia,
zmuszając je, by należycie pracowały, a przez to
cały organizm nabiera mocy. Polecany jako środek
przeciw zatwardzeniu, niestrawności, dyspepsyi
i ociężałości wątroby.
Cena 76 centów.
SEVERY ( Cukierki Koswalniające )
TAB-LAX I KtetSESSU i c~ 10'
Lekarstwa 8everr są sprzedawana przss wszystkich aptekarar.
Żądaj Ich, wymień nazwą i nie omieszkaj powiedzieć: Seeera**
Gdyby twój aptekarz nie móft dostarczyć, obsialuj wprost od '
W. F.Severa Co.
CEDAR RAPIDS
IOWA
przywołał do swego boku Piotr
ka, jako juz wyszkolonego żoł
nierza.
Przed wyjazdem do obozu
przybył syn kochający pożegnać
rodzinę.
Głęboki smutek przenikał ser
ce matki przy rozdaniu z jedy
nym a tak drogim jej Piotrusiem.
Chłopiec pełen był jednak do
brej nadziei i zapału, to też
wkrótce odznaczył się waleczno
ścią i przywiązaniem do wodza,
pod którego komendą walczył.
Lecz niezbadane są wyroki Bo
że. Pod Raszynem, w chwili, kie
dy Piotr przykładał rękę do zapa
lenia lontu przy armacie, nieprzy
jacielska kula armatnia położyła
go trupem na miejscu.
Nietylko książę szczerze go
żałował, ale i król, dowiedzia
wszy się 0 śmierci swego komi
niarczyka, podobno miał zapła
kać.
NASZA MAMUSIA
Po całem mieszkaniu rozlegają
się wesołe, choć tłumione okrzy
ki. I atuś wszystkich zabiera do
teatru. Jakże się nic cieszyć! J.i
k/c tatusia nie ści.->kać, nie cało
wać !
W sypialnym pokoju mama się
ubiera. Wyjdzie za chwilę w po
pielatej sukni, co od tatusia na
gwiazdkę otrzymała.
— Jak mamusi ładnie! — wy
krzykuje cała gromadka.
— Mamusiu, a torebkę? — wo
ła Janka i podaje mamie prześli
czną Imitowaną torebkę.
— Mój drogi, zapomnieliśmy
że zatrzask u drzwi odjęty, jak
że będzie z mieszkaniem?... —
zwraca się mama do tatusia.
— Prawda — odrzekł tatuś i
zamyślił się.
— Na klucz zamknąć mieszka
nie — wołamy wszyscy.
— Jakże babunię na klucz
zamknąć? — pyta mama.
— To obudzić babunię, zam
knie się od środka.
Już biedź po babunię gotowi
jesteśmy. Powstrzymuje nas ma
ma.
— Gdy byłam maleńka, babu
nia po nocach siadywała nad mo
ją kołyską, zostanę w domu, a
wy * ojcem idźcie i bawcie się
wesoło.
Spoglądamy na mamę niedo
wierzająco, bo jakże można tak
dobrowolnie pozbawiać się przy
jemności?
. .i
A jednak mamusia została.
PODRÓŻ NA KOGUTKU. .
Był raz wielki kogut. • -
(Opowiadam bajkę j,
Nosił frak, pantofle,
Czasem palił fajkę,
ć zęsto można było
Spotkać go na drogach*
Bo nie lubił siedzieć
W swej chateczki progach.
Spotkał raz na łące
Haneczkę i Frania.
Hzieci tam pasały
• >ęsi od świtania.
Kogut im się skłonił
1 zapiał: — Gdy chcecie,
To was wnet obniosę
I’o calutkim świecie.
— lak daleko pójdziesz
I lęk cię nie bierze?
O, mnie nic wystraszy
Ni człowiek, ni zwierzę.
W net Franek i Hanka
Dosiedli kogutka.
Ki-ki-ri-ki! w drogę
Zadźwiękła pobudka.
Kuszono. Szczęśliwie
Przebyli szmat drogi.
Wyminęli pole,
Łąkę, płowe stogi
Wreszcie się zbliżyli
Do wioski. Tu znagła
Psów ogromna rgraja
Podróżnych opadhi.
Kogut nasz się puścił
Kroki tak szybkiemi, *
Że się Franek z Hanką
Znaleźli na ziemi.
Spłakani, zmęczeni
Wrócili do chatki. » *
Oj, pewnie tam burę
Dostali od matki.
Każda niewiasta
powinna mieć własny
QlUCoek*5tovę?
Ti.r z to ma«! etyatę, chłodna kuchni Mniej pracy
a lepate gotowanie. r "
ITew Perfeotion, jeet sawsze gotowy do użytku. Bcs
rąbania drew, bez wynoazenia popiołu. Robione aa
o 1, 2, 3 i 4 ogniskach a wieszadłem aa ręczniki i
pułeczkami.—Wakaaówka, wiele oliwy w rezerwo
arze. Najlepacy materyał do opalania "New Perfeo
tion" do ogrzewania i do lamp jest "Perfectiou OiL
STANDARD CML COMPANY
(Am Indiana Corporattaa)
w CHICAGO. U.

xml | txt