OCR Interpretation


Dziennik narodowy. [volume] (Chicago, Ill.) 1899-1923, April 07, 1908, Image 7

Image and text provided by University of Illinois at Urbana-Champaign Library, Urbana, IL

Persistent link: https://chroniclingamerica.loc.gov/lccn/sn83045097/1908-04-07/ed-1/seq-7/

What is OCR?


Thumbnail for 7

=7
WACŁAW
ŻMUDZK1
POSIEW KRWI
P«wi«ć wipólcztsna
na tle krwawych
walk • wolność.
4l>; (C»ąg dalszy.)
1 obie strony z vvytężenien
"wszelkich sił, z gorączkowym po
f śpi echem ściągały zewsząd po
jsiłki.
Codziennie, jak w dwa olbrzy
cnie zbiorowiska wodne, spływał)
zewsząd żelazne strumienie orę
'żeni błyskających- tysięcy, stęka
}v głucho opancerzone pociągi
wyładowane potwornemi cielska
mi ogniem zionących olbrzymów
skrzypiały dniami i nocami cięż
ko ładowne telegi, niezmordowa
nie dowożące broń i amunicyę.
Wreszcie przygotowania dosię
gły rozmiarów potwornych, wo
bec których myśl ludzka drętwia
ła ze zgrozy i odmawiała dalsze
go posłuszeństwa, i nie mogła już
zastanawiać się nad skutkami.
To już nie dwie armie były, a
j 1 c dwa narody, •dwie rasy całe,
które tu u kolebki ludzkości sta
nęły naprzeciw siebie oko w oko,
by 7. orężem w ręku rozstrzygnąć
dalsze losy świata.
I rozstrzygnięcie to nie przy
chodziło. — Ani jedna ani druga
strona nie ważyła się rozpocząć
pierwsza.
Bo o losy świata chodziło, a
ikto ważyłby sie odpowiedzial
ność za losy świata pierwszy
przyjąć na swoje barki!
I przygotowania, potworne,
nadludzkie wciąż trwały w dal
szym ciągu.
Matkom zabierano synów,
dzieciom ojców, żonom mężów, z
nędzarzy, od kolebki zbratanych
z głodową śmiercią, wyciskano
ostatni krwawy grosz, by go do
rzucić na ważąc.*} się szalę...
Dwie całe rasy, ze wszystkimi
)rzez wieki nagromadzonymi za
sobami, wyciągnęły przeciwko so
>ie w pole...
I wreszcie pogotowia bojowe,
^r/j^.zcie natężenie sił narodowych
uoszły do takiego napięcia, że dłu
żej nie można już było zwlekać
ani jednej sekundy, bo dalsze ży
wienie nagromadzonych zastę
pów bojowych musiałoby ogło
dzić świat, bo karność, utrzymu
jąca te zastępy w szyku, pękłaby
5yła. jak przeciągnięta struna, i
świat by nagromadzoną energią
)ojową z korzeniem wywróciła.
Piorun, który wypadł ze star
cia sic dwóch burzami brzemien
nych' chmur, już leciał, już godził
z góry w głowę palcem Przezna
czenia wytkniętej ofiary.
W naczelnego wodza miliono
wej armii rosyjskiej od .pewnego
czasu jakby bies wstąpił.
Zdawało się, że starcza krew
w starczych jego żyłach zmieniła
się jakimś cudem w żywe srebro
ctóre nieustannie przelewało się
10 nim, nie dając niu spokoju ani
<lnierr, ani nocą. które pędziło go
naoślep przed siebie, jak wbita w
)ebechy ostroga oszalałego ru
maka.
Teraz potrzebą jego stało się
nietylko kierować bojem, nictyl
co widzieć dokoła poćwiartowane
części ciał. pryskające z rozwalo
nych łbów białe mózgi, ale i sa
rn enui bić, tak, ażeby ręka czuła
uderzenie, ażeby ucho bezpośred
nio mogło się napawać jękiem ko
li ającego nieprzyj acie 1 a.
Pod wpływem tej potrzeby nie
zmożonej, sam, wydarłszy się z
rąk swoich sztabowców, rzucił się
na czele pietrowsikiego pułku w
najgorętszy wir boju pod Jentai.
Pod wpływem tej potrzeby na
stępnie codziennie wysyłał na rzeź
oddziały przednich straży, prag
nąc sprowokować nieprzyjaciela.
Ale nieprzyjaciel "był czujny i
ostrożny. Zda-leka witał bohate
rów celnym ogniem, lecz do bi
twy pierś o pierś nie doebodziłe
jeszcze, ręka nie miała sposobno
ści odczuć tępego wiązgnięcia sza
bli, grzęznącej w rozplatanyn
nieprzyjacielskim łbie.
Przeto cały jego impet musia
1 się teraz skierować do środka, n;
swoich.
Wszystkie zawody i niepowo
sdzenia wskutek niemożności wy
j ładowania si^ na zewn^trzj, £0
! wstały w nim teraz jak rozpuszo
l nc brytany i wyszczerzyły skrwa
- wionę paszcze na tych, których
-. narazić mogła dosięgnąć szalona
I ręka, którzy tej ręce zostali wy
- J dani z prawem na ich śmierć lub
życic.
I na pierwszy ogień poszli
wszyscy ci, którym ojcowie po
zostawili nazwiska, kończące się
na "ski" lub "wicz".
Wódz pamiętał o rozmowie
swej z panem Zwierkowem.
Ze wszystkich pułków umieję
tnie wybierano syriów krainy,
której korona skradziona i shań
biona została przez syna Wasylo
wego, i tych właśnie przeznaczo
no do przednich straży, których
zadaniem miało być drażnienie
nieprzyjaciela, oraz wypróbowa
nie dalekosiężności jego dział.
Pan Tyszka w owych czasach
musiał wielu swoimi rodakom am
putować te nóżki, które ich miały
zanieść na ojczystą ziemię, i te
rączki, które praca na tej ziemi
miały wyżywiać staruchy matki i
pisklęta, płowowłose, niebiesko
okie zatracone raki. z dzióbkami,
roztwartymi pożądliwie na chleb
nasz powszedni i na bułkę z ma
słem.
Później przybył jeszcze jeden
naturalny środek do okazania
członkom "bratniego"' narodu a
fektów wodza. Zima!... Straszna,
nieubłagana, jak śmierć, man
dżurska zima.
Przed jej lodowymi pocałunka
mi wojsko za przebywało się. jak
krety, w ziemię. I gdzie do nieda
wna bielało na równinie całe ol
brzymie miasto białych namiotów,
tam obecnie jakby ciulem cała ar
mia zapadła się w głąb, nad nie
zmierzonem polem sterczały tyl
ko nieprzeliczone drobne kopce,
jak stożki zasklepionych na zimę
mrowisk. »
•Ale armia, ukryta przed chło
dem, musiała być po dawnemu
strzeżona przed nieprzyjacielem.
I zaszczyt ten pozostawiono pa
nom "sklm' i "iczom".
— Nicdh się, szelmy, ćwiczą w
carskiej służbie!
Wódz nie mógł ukryć radości,
gdy mu zdawano rclacye, że tylu
a tylu wartownikom podmarzały
podczas służby nosy i uszy, że ty
lu a tylu znaleziono zmarznięty
mi na kość.
Ale był ktoś jeden, który mu
specyalnie leżał na wątrobie, na
którego wspomnienie zęby kłapa
ły mu w gębie. — Tym jednym
był Jokodama.
Podstępnego Japończyka chciał
sobie zostawić na własne swoje
ręce, obiecywał sobie, że zabierze
I się do niego dopiero po tryumfal
nym powrocie do Mukdenu.
— Niech sobie tymczasem bu
ja, niech nabiera pewności sie
bie !
Ale oczekiwany tryumf nic
chiał przyjść na zawołanie, prze
| ciwnie, szumnie rozpoczęta ofen
zywa zakończyła się bardzo pręd
ko pośpieszną rejteradą.
T już teraz nic potrzebował za-j
stanawiać się długo nad tern, kto1
wir.ien.
Naturalnie, ci wszyscy pobra
tymcy, a, w pierwszym' rzędzie
ten, ten... dyabeł kosooki!
I już nie ibył w stanie odkładać
dłużej pomsty, nic mógł czekać
na tryumfalny powrót do Mukde
nu.
I pewnego dnia wierny Wańka
znów zapukał do drzwi golami.
— Nagniotki! Znów, szelmy,
odżyły!
Żaden nowożenicc nie oczekuje
z takiem drżeniem serca przyby
cia do domu swego młodej mał
żonki, z jakiem tego dnia oczeki-J
wał Kuropatkin.
Liczył minuty i sekundy, ze'
drżeniem nasłuchiwał świst loko-j
i motywy, znamionującej} nadej- j
I *cia pociągu, który miał przy-1
ł wieźć Japończyka.
1' Wreszcie przed podjazdem za
brzęczały dzwonki sanek.
Stary generał usiadł, obiedwie
- ma rękami tłumiąc bicie serca,
!~ które zaczynało b^ę zbyt bolęs
V
nem i niefoezpiecznem.
W tym momencie nad uchem
zaczęła mu brzęczeć uparcie je
szcze jedna natrętna jak mucha,
myśl, że 'bądź co bądź sporo winy
za tę niewyraźną sytuacye*, w
której się znalazł, spada też *iia
własną lekkomyślność, graniczą
cą z... głupotą!
Myśl ta była mu tem, czcm,
naprzyklad, uczucie pchły, łażą
cej pod gorsem koszuli podczas
galowego dworskiego obiadu. Ani
ją ukarać przykładnie, ani wypu
ścić na wolny świat!
Wreszcie drzwi rozchyliły się
cichutko, jak po maśle, do środka
wkroczył, a raczej wpełznął zgię
ty we czworo — przybrany w naj
milszy ze swych uśmiechów —
Łajkow. •
Kuropatkin mimowoli obie swe
w kułaki zwinięte pięści wtłoczył
w kieszenie szarawarów, by przy
padkiem przed czasem nic zaczę
ły pracować po gębie przybysza.
Łajkow-Jokodama dopełznął do
środka pokoju.
— Na pierwszy rozkaz z całym
możliwym pośpiechem!
Kuropatkin pasował się z sobą,
by jeszcze na niego nic spojrzeć,
by z 'błyskawic, które maisiały
trysnąć z jego oczu, nie dać mu
odrazu poznać wszystkiego.
— Tak! — mruknął. — To bar
dzo dobrze. Ja właśnie dużo mam
z tolbą do pogadania. A tego...
Aha, prawda! Ten glejt masz
przy sobie, który ci wówczas wy
pisałem ?
— Naturalnie! Bez niego się
nie ruszam.
— Co ja przypomniałem sobie,
że tam nie wszystko jeszcze jest.
Trzeba będzie rozszerzyć trochę
twoje pełnomocnictwo.
I wciąż jeszcze nic patrząc mu
w oczy. wyciągnął rękę.
— Daj !
Jokodama zaczął pośpiesznie
szukać w zanadrzu.
Już miał żądany papier w ręce,
i naraz zatrzymał się. Ta znacz
nie przybladła, z uparcie optisz
czonemi oczami twarz rosyjskie
go wodza obudziła w nim nagle
zaostrzoną czujność. Wydało mu
się, że ta wyciągająca się ku nie
mu ręka parokrotnie nienatural
nie zadrżała.
I. nie spuszczając z niego oka,
rzekł umyślnie .głośno;
— Oto jest!
Wyciągnięta dłoń zacisnęła się
kurczowo dokoła podanego pa
pieru. zwinęła się w groźną pięść,
i zwolna, jak młot, poruszany sy
stemem dźwigni, opadła na dola
na.
I teraz dopiero spojrzał.
Jokodama cofnął się o parę kro
ków wstecz.
Nie przestając ciskać snopami
stalowych iskier z pod zasępio
nych nagle bjrwi, Ivuropatkin
wstał z miejsca, wsparł ręce w bo
ki.
Patrzał w milczeniu, zaledwie
górna warga drgała mu kurczo
wo, a około ust od nosa aż do
brody zjawiała się i znikała zy
zgakowata bruzda.
Pod skórą twarzy, jak miedzia
na rdza zarazy morowej, napły
wała centkami wzburzona krew.
Wreszcie zaczął się śmiać. Z j
początku jakby się tylko dławił,
jakby wykrztuszał z siebie jad,
który dokoła waitrojby n=kipia»ł,
potem coraz szarzej, przestron
niej. Zdawało się, że gardło jego
zamieniło się naraz w trąbę po
wietrzną, ryczącą huraganem
wściekłości, po ziemi całej zebra
nej.
Pod wpływem tego śmiechu Jo
kodama z początku zbladł, potem
w pewnym momencie, jakby zu
pełnie odruchowo, obejrzał się
na drzwi i wreszcie stała się z
nim również cudowna, a szybka,
jak myśl, metamorfoza.
Układny*, o 'miękkich ślima
czych ruchach Łaj ko w przepadł,
a w jego miejsce zjawiła się pan
' tera z krwaj.venjii ślepiami, z
członkami giibkitni, jak stalowe
sprężyny.
(Ciąg dalszy nastąpi.)
weg»QB«8C6afe^
JESTEŚCIE W HZĘDZIE?
Człowiek, który po otrzymaniu zapłaty
staje tego samego dnia przed okienkiem
w Banku, gd<ie preyjuiujn oszczędności,
jest człowiekiem, który kiedyś będzie
zamożnym.
Jestto regularny nałóg, że po otrzyma
niu zapłaty zanosi się do banku, które
zaniedługo przynosi majątek.
Nałóżcie się i oszczędzajcie u nas:
Industrial Savings Bank
652 Blue Island Ave.
DLA MĘZCZYZN TYLKO
WSTĘP WOLNY
Co moanTt wtdaeie? wy
Galerul Wladomośd Naukowi
344 South State St., Chicago, II!.
Blisko Harrison 8a.
Dziwy Patologiczni : Dziw? Gsteoicg!!
A Dziwy Organów Trawliyjyok Ji
/WWWV^i»V^JVWWVW\AA.'
Zaatanów elą nad oryginalnością 1 ludzkien
pokoleniem od;kolobkl do ęrooa. Zobaczcie
Dslwoplody, Dziwy 1 Potwory. Zastanówcie
elą nad wynikami chorób 1 nierządu przedsta
wionych w figurach żywej wielkości w stanie
/.arowyni 1 chorowitym.
Uozeni usługi wacze gotowi odpowie
dzieć na wszelkie zapytania.
Otwarte dziennie od 3eJ rano do północy, *
—~ WBTĘP WOLNY
WOLNA CAlERYA
Wiadomości Naukowych
344 Soufb State Si., Cblctjo, III.
Blisko HariUon 8).
jeżeli takowy jest natu
ralny i połączony z do
brym apetytem, jest o
znakjj dobrego zdrowia.
Trinefa Ameryknński
Elixir Gorzkiego Wina
zawsze sprowadza dobry
apetyt, a żoiądek dopo
minać się będzie pokar
mów. Do nabycia we
wszystkich aptekach.
s= Triner,
709 Sontli Ashland Ave.
cinC'U^c)ji7LiNoiś
Pieniądze «e Wypożyczenia
Na iraMf Mfble, Fortepiany, Ko
rnic, ffo»y, lvvrlty ze »k!ad6?r
prepphnwnnlrt (Ware llvQM) l»e*
praepro wa< V/on I *.
Przedłużamy c?ag epłaty w w/pad
kuohoroby lub utraty zatrudnienia
J«*eII nie dogodnem Joet dla "7m
się zgłcslć, wypełnijcie ten blankiet,
przeSilJclo takowy do hl"r*
a ugent zgłosi sięi natychmiast *
weaeiklaml objaśnieniami bezpłatni*.
Imt» ]
Adr'S <
Suma tądana f (
Zabezpieczona na ...... *
Kiedy alf *głoslć
<
i T«If(oa: Central Mit
! L ROGALSKI, polski klerk.
A. FRENCH
SS GEARBORN ST, <
Pokój 45,
wa ■ a kupić lub sprzedać
$4 ifl property^ grunt lub
ft feEZ&fG farmę, albo pożyczyć
—' pieniędzy na budo
"**» wę lub zakupnO, albo
kto ma pieniądze do wypożyczenia na
pierwszy morgecz, ten niech elę zgłosi
do polskiego kantoru
G.W. DYNiEWlGZ & GO.
805 Milwaukee Ave. CHICAGO
Telefon monroe 1200
asekurujemy od ognia- w najlepszych
kompaniach. Wyrabiamy wszelkie papie
ry legalne. Ściągamy Bpadkobicrstwa z
Europy i wystawiamy pełnomocnictwa
czyli plenipotencje.
FILIE: W Avondalc: M. Korniszewski.
1746 Monticello Ave.
W Hanson Park ; Cragin: John
F. Różański, 3303 Grand Ave.
217-219 Milwaukee Ave. rog Halstad ulic,
Telefon Monroe 2177,
UWAGA! UWAGA!
Nil ka zniżka etn ni"ipr«dlż| ur2(dzsi( (fixtures)
l»o grocerńl 1 składów rzeźniczycfr.
Do składów delikatesów 1 AkładOw droblazgow
Do składów cukierków 1 cygar.
Do składów krawieckich i inodnlarsklch.
j»o afiewskteh 1 piekarskich składów.
Do składów galanteryjnych, reatauraoyl 11. p.
Również półki, iady, ezafy. przegrody, lodow
ale 11. p. po 38c'na dolarze- Obejrzyjcie
inój kompletny aapas zanim kupicie gdzieindziej
Gotówką lub na swłaty
spsayalnił uwagą zwracamy n« -mówienia po
n .miastem. i
OJłtanlamr darmo ea kolt)
t Amówlenta p<
tr miejcie,
126) (Ci'4g dalszy)'.
Wyszedł — Ester zaś ani się z
miejsca ruszyła. Głowa jej płonę
ła, w uszach głosy jakieś hucza
ły, myśli goniły jedna drugą, pła
tając się i mącąc, a przed oczyma
się snuły mary straszliwe vv ca
łunach śmiertelnych. Dopiero gdy
już wieczór zapadł, podniosła się,
rozejrzała, jakby ze snu rozbu
dzona, i szepnęła:
— Nie sen to był... Ojciec
głodem zamorzon, zaś na głowie
mojej hańba... srom... A!
Dłońmi skronie ścisnęła, wy
rzekając żałośnie:
— Jam wszystkiemu winna!
Jam nieszczęście sprowadziła,
przeze mnie go zadręczyli ci o
krutnicy
iWtedy właśnie na dworze wi
chrzysko się zerwało niezmiernie
silne, a poświsty szalone o bło
ny okien zamkowych uderzały,
odgłosy ponure wydając.
Estera zadrżała, przerażenie na
jej twarzy się odbiło. W skoła
tanym przez ogrom cierpień u
myśle, rojenia powstawać zaczęły
bezładne. Zdało jej się, że widzi
przed sobą ojca w postawie gro
źnej, że słyszy, jak miota na nią
przekleństwa.
— Ojcze mój! nie przeklinaj,
jam tego przecież nie chciała...
— ozwała się błagalnie w tę stro
nę patrząc, gdzie się rzekomo ma
ra znajdowała. — Ulituj się, nic
odtrącaj, przebacz... Zawiniłam
srodze, ale się pokutą oczysz
czę. ..
Insza myśl naraz przyszła jej
do głowy.
—Ja mam pokutować? Ja? Za
co? Wszakci już na mnie kara
spadła... wszakci wszystkie bo
leści sercem mojem targają? Je
szcze pokuta? Za co? Mnie się i
tobie, ojcze, zemsta należy, tak
straszna zemsta, jak straszna jest
nasza krzywda... I będziemy ją
mieli, zyskamy ją! Odpłacę się
za nas oboje...
Wyprostowała się, rozejrzała
dokoła, jakby szukając sposobu
do wykonania tego zamiaru. Cała
jej postać wyrażała niewysłowio
ną zawziętość, lica, tak zawsze
dotychczas wabne, dreszcz grozy
budziły.
Za drzwiami dały się słyszeć
ciężkie stąpania, niebawem też
wszedł do izby Jaszko, wsparty
na dwóch pachołkach, tak bo
wiem sobie gdzieś podchmielił,
że o własej sile kroków stawiać
nie* mógł.
— Ester... widzisz, ty... je
dna. .. do ciebie ciągnę, chociaż...
ty pogan ego rodu... — bełkotał,
gdy go na ławic posadzono. —
Ciągnę, widzisz chociażeś już
nietyle ponętna, jak wonczas, kie
dym cię najrzał pierwszy raz...
Nic to, nie zważaj, zgoda będzie.
Rawitą jestem, dla Rawity cały
świat, a nie przy jednej siedzieć
i to Żydowince...
Pięścią w stół grzmotnął, wo
ła i ?ic:
— Wina i kapeli! W mig ma
być co chce... Ra wita jestem...
Rzucili się pachołkowie rozkaz
spełnić, a Jaszko plótł bez skła
du o łokieć wsparty:
. — Rawita jestem, a ty nikcze
mnego rodu. To i co? Udałaś mi
się, wolno mi się zabawiać, z kim
chcę. Oskomy do ciebie już nie
czuję... nic to! Powiadam tobie,
Ester: rozum miej, a zgoda bę
dzie. Ostań z Rarogicm w Kona
rach, a jak mi się przywidzisz,
najdę cię. nu* bój się... Nie przy
stoi panu Rawicie tak wciąż prze
stawać z Żydowinką... Dla Ra
wity cały świat, zaś nasamprzód
Halszka, ta... wiesz... z Ossoli
na. Jelitę Zbycha do szatana wy
ślem i... zgoda będzie.
Drzemać począł, więc Ester,
gdy pachołkowie z winem i graj
kami wrócili, na swoje łoże go
! przenieść kazał, a samym precz
odejść, co gdy uczynili, siadła tuż
| przy łożu i wzrok, nienawiści pe
łen, w ccraz głębszy sen nnpada
jfjcego, wpiia.
I
Na dworze wichry zawodziły
iście potępieńcze pieśni, w izbie,
nidłem blaskiem świecy z wosku
oświetlonej, cisza panowała ponn
ra, jeno chrapaniem Jaszka prze
rywana. Ester nie ruszała się z
miejsca, oczu też z twarzy Jasz
ka nie spuszczała. Po licach jej
! bladych od czasu do czasu drże
nie przebiegało, wargi krzywił u
śmiech złowróżbny, dłonie kur
; czowo się zaciskały... Przesie
działa tak może do północy, po
tem wstała, szepcąc:
— Czas.
Bez pośpiechu, bez wzdraga
nia, ujęła mieczyk kochanka, któ
I ry mu pachołkowie, na łoże kła
J dąc, od pasa byli odczepili, obna
żyła go i wszystkie siły zebraw
szy, w pierś śpiącego wtłoczyła.
Cios był stanowczy, .wymierzony
jakby najwprawniejszą ręką —
więc w serce trafiwszy, przeszył
je, zgon natychmiastowy powo
dując. Jaszko zdążył się jeno rzu
j cić, rękoma zatrzepotał, niby pra
gnąć coś uchwycić, jęknął i już
duch z niego uszedł. Nic zważa
jąc na to, Ester z dziką radością
ciosy ponawiała, aż do omdle
nia dłoni. Wreszcie zaprzestała
pastwienia się, mieczyk do góry
podniosła, a potrząsając nim, rze
kła ze śmiechem okropnym:
— Judyt jestem... wedle Za
J konu odpłaciłam wrogowi...
J Poczem, jak stała, z mieczem
I i dłońmi zbroczonemi -we krwi,
wybiegła z izby, powtarzając pół
szeptem:
Do ojca! Do ojca! Przeba
czy mi, gdy się przekona, żem
zemsty dokonała...
Noc była ciemna, jak prze
paść: nieszczęśliwa dziewka, któ
rej rozum, przygnębiony nagłem
brzemieniem klęsk, uległ też rap
townemu obłędowi, nie mogła
znaleść drogi do wieży, tam bo
wiem dostać się chciała. Zamek
cały w śnie głębokim spoczywał,
nawet straże przy bramach czuj
ności nocy l.ej zaniechały, nic spo
dzicwając s ę żadnej przygody, —
Estera tedy błądziła po koryta
rzach i podwórcach swobodnie,
j bez przeszkody z czyjcjbąd stro
; ny. Naraz poczuły ją psy, i Tyta
ny olbrzymie, do pomocy nocnym
wartownikom dodawane. Złe to
były bestyc, nieugłaskane, jeno
stróżom, którzy im jadło r/j|icali,
przystęp do siebie dające, a tak
silne i zażarte, że niczem dla nich
było konia bodaj zmódz. Opadły
one Esterę całą gromadą, zgiełk
wielki szczekaniem czyniąc, po
waliły ją na ziemię i szarpać po
czełv tem zajadlej, iż krew zwę
szyły świeżą, co zawsze stworze
nia na wpół dzikie, umyślnie do
srogości nazwyczajane, drażni i
podnieca. Zgiełk rozbudził war
towników, powysuwali się z ką
tó-w, z trudnością rozpędzili psy,
a zdumienie ich granic nie miało,
gdy się przekonali, że powodem
niepokoju była miłośnica pana
Taszka. Gdy ją przy świetle po
chodni rozpoznano, martwa była:
bestye krótko się z nią sprawiły,
potężne ich kły łacno śmierć wąt
łej istocie zadały.
Frasunek zdjął wartowników,
nic wiedzieli, co począć. Po na
radzie, dano znać Rarogowi, któ
ry zdrętwiał ze zgrozy, obaczyw
{ szv martwą dziewkę, z mieczem
krwią zbroczonym, bo odrazu się
domyślił, co uczyniła. Uprzątnąć
zwłoki kazał, a sam pośpieszył
przekonać się, zali domysł jego
jest słuszny.
— A może też zbyt pohopniem
. ją obwinił. Może z panem Jasz
j kiem jeno się poswarzyli? — roz
l ważał dążąc korytarzami. — Pan
, Jaszko miarę przebrał, ona zaś,
, cli ocieni ią upominał, języka
wstrzymać nie mogła: jęła go wy
rzutami za siebie i ojca obrzucać,
przeto wygnał ją na cztcrv wia
try... Ale mieczyk? 13a! mogła
przecież, w pasyę wpadłszy, rzu
cić się na pana Jaszka, to wszak
że nie znaczy, by mu szkodę wy
rządzić miała... Prawda, żc le
dwie "o świecić wiedział, tak sobie
trunkiem do£|)dził, ale i takby się
i
słabej dziewce oparł. Co chłop —
to chłop.
Z lękiem wkroczył do izby, a
zadrżał na widok zamordowane
go.
— Będzież to będzie! — mruk
nął, głową wstrząsając. — Grot
i pan Łukasz piekło w Konarach
uczynią, skoro się o nieszczęściu
swojem dowiedzą. Jużci ja im tej
nowiny nie udzielę, jeszcze mi
żywot nie obrzydł...
Wysunął się z izby, postano
wiwszy, żeby się Grotowi i Łu
kaszowi w pierwszych chwilach
ich rozpaczy nie nasuwać.
— Ot! na co przyszło lekko
duchowi... dowojował się —
rozmyślał, wracając do swej ko
mory. — Z ręki Żydów inki zgi
nąć, toć hańba! Ale i jej koniec
nikczemny. Prawdę rzekłszy, za
winił tu sam Jaszko, wszelako je
go wina to mucha w porównaniu
z tem, co ona dziewka szalona u
czyniła... Żeby się żydowińska
krew na chrześciańską, na pańską
porwała — temu wiary niepodob
na dać! Sprawiedliwość sobie na
lazła, zaś dla niej nalazły psy.
Słusznie... niegodną była kara
nia z ręki człowieczej ponosić. A
no — obaczymy, co na to Grot i
pan Łukasz powiedzą... Chyba
Konary roztrzęsą z pasyi, ani
chybi...
Jakoż Rawici, na wieść o za
mordowaniu Jaszka, wszelkie po
miarkowanie stracili. Mury zam
kowe drżały od ich przekleństw
i wybuchów gwałtownych, zda
wało się, że im opamiętanie zgoła
nic przyjdzie. Obadwaj na gro
bie zamordowanego przysięgli, że
wszystkim Żydom krakowskim
łaźnię krwawą sprawią i zresztą
żadnej istocie ludzkiej tego rodu
nie przepuszczą.
Dwie niedziele od pogrzebu Ja
szka minęły, a uspokoić *>ię nift
mogli. Siedzieli wciąż w Kona
rach, na świat nie wyzierając, zaś
samotność zamiast łagodzić, co
raz zajadlejszą srogością ich na
pełniała. W taki^m usposobieniu
zastał ich ksiądz Albert, przyby
ły, jak się opowiadał, w imieniu
kanonika Jana.
Grot, gdy mu gościa duchow
nego oznajmiono, w pierwszej
chwili dopuścić go do zamku nie
chciał, ale się rozmyślił, zastano
wiło go bowiem, że ksiądz Albert
uporczywie posłuchania się do
maga. •- ••••; tjA
— Ossolińczyk z wiatremby
swego służki do mnie nie przy
słał — odezwał się d<# Łukasza
— chyba dowiedzieć sie trza, co
przynosi...
— I ja tak uważam — potwier
dził Łukasz. — Coś ważnego
zajść musiało, jeżeli Ossolińczy
ki sami nas zaczepiają.
Wpuszczono księdza Alberta
do zamku, a Raróg, wskazujący
mu drogę do izby, gdzie na nie
go Ra wici oczekiwali, przestrzegł
go, iżby sie miał na ostrożności,
bo panowie strapienie mają wiel
kie, łacno tedy byle słowem o
gniew przyprawić ięlr można.
— Jeżeli przywozicie, ojcze
wielebny — tak mówił — co nie
miłego, lepiej to na inszy raz o
stawcie. I miarkuję, że Ossoliń
czyk z niczem dobrem nie pukał
by i lo Rawitów. Oddawna oni
koso na się patrzą. • . i-l
— Nie Ossolińskich to sprawa '
— rzekł ks. Albert — a mniemam
że w żadnym razie nic mi nie gro
zi. -Wiem, że panowie Rawici z
Ossolińskimi są*na udry; wiem
też, że prawdy słuchać nie lubią:
ale przecież szata kapłańska mnie
osłania.
— Mizerna to w Konarach o
słona, jeszcze jak dziś. Ano...
baczenie miejcie, liczcie się ze
słowami, rade daję słuszną.
— Posłów nie wieszają, ani ąci
nają — zauważył ks. Albert —
zresztą... co Bóg da, będzie.
Znalazłszy się przed obliczem
prosimy czytelników naszych
popierać tych co się ogłaszają w
"Dzienniku Narodowym",

xml | txt