OCR Interpretation


Ameryka echo. [volume] (Toledo, Ohio) 1902-1971, March 03, 1906, DODATEK, Image 14

Image and text provided by Ohio History Connection, Columbus, OH

Persistent link: https://chroniclingamerica.loc.gov/lccn/sn83045274/1906-03-03/ed-1/seq-14/

What is OCR?


Thumbnail for

14
.TAKÓB F. COOPKIi.
OSTATNI Z MOHIKANOW
Opowiadanie hitforyozni na
wojen amerykańikioh.
(Ciąg dalszy)
I uklęknąwszy na środku groty, wzniosła ku
niebu octy Izami zalane. Nagle jednakie słowa mo
dlitwy zamarły dziewczęciu na ustach i, wskazując
drżącymi palcami na szczęli lę W górze będącą
wyszeptała zaledwie iosłyszainym gło3em: "Mag
na." Dunkan wraz z Korą i nauczycielem dotąd w
kącie cicho siedzącym pospieszyli w tę stronę. W
szczelinie ukazała się wstrętna twarz Ostrookiego
Lisa. Wyraz dzikiego tryumfu, prześlizgujący się
po jego twarzy, czynił ją stokroć j*szcz szpetniej
stą. Hain worth chwycił pistol* i podaiósłsey go w
górę wystruelił. Skoro dym opadł, nie było śladu
Indyanina, a za chwil kilka na wierzchołku skały
zabrzmiał dźwięk głuchy, któremu odpowiedział o
krzyk z kilkudziesięciu piersi wydany.
Naraz dał się słysteć trzask łamanych przy
wejściu gałęzi i banda dzikich wpadła w głąb gro
ty, wy włócząc stamtąd przen ocą biednych pod
różnych na wpół martwych z przerażeiia i trwogi.
Najstarszy z Indyan zwrócił sfę wtedy do Dunka
na z wyrazami: "Długa Strzelba?" Nie rozumie
jąc, czego ów człowiek żąda od niego, Hainworth
objął całą bandę oczyma i wzrok jego padł na zdraj
cę prze rodnika, uśmiechając*go się z trumfem i
radością.
—Magna!—począł mówić do niego, nie prze
zwyciężając wstrętu, jaki go ipycha od tej ni
kczemnej istoty.
—Nazywaj mnie Ostrookim lub Chytrym Li
sem. Magna nie istaieje więcej! -odpowiedział
Indyanin, dziko szczerząc zęby.
—Chytry Lisie więc...—powtórzył Dunkan
do niego—zechciej objaśnić, czego żądają bracia
twoi oj bezbronnych ludzi.
Ha! ha!- zaśmiał się dziko Magns—bracia
moi chcą wiedzieć, gdzie ucrył się myśliwy, któ
reiru sa znane wszystkie ścieżki puszczy, którego
strzelba sięga tak dzielnie i którego oko j&k u so
koła nie zamyka się nigdy. Bra ifa moi-zawołał
głosem donośnym-chcą krwi sokoła tego, albo
wytoczą ją tym, którzy go ukrywają! Rozumiesz?
-Sokole Oko uszedł, rzuciwszy się w rzekę,—
odpowiedział Dunkan.
—A Wąż Wielki? Gdzie podział się Wąż Wiel
ki?—pytał Indyanin aalej.
—Również popłynął za prądem.
A Szybkonogi Jeleń... jeleń młody—pyta,
rozumiejąc pod tem Unkasa.
—Poszedł za ojca przykładem.
Usłyszawszy to, Huronowie z zaciekłością po
wskakiwałi do rzeki, uderzając gałęziami i żer
dziami po falach wody, jakoby w pomście za je
mnieicaną zdradę. Po długich szyderstwa h, śmie
chach i wrzaskliwych naigrawaniach się z podróż
nych, jeden z dzikich, chwyciwszy śliczne włosy
Alicyi, rozpuszczone po jej ramionach, zaczął z
dziką radością wywijać nożem nad jej głową,poka
sują jak skóra z niej zdartą zostanie. Najstarszy
z Indyan wydał rozkaz pojmanym, aby wsiedli w
czółna. Dunkan wypełnił zlecenie, za nim dwie sio
stryi wreszcie na pół umarły ze strachu nauczy
ciel David. Otoczywszy łódź, Indyanie wiedli ją
do brzegu, prowadzą jednocześnie zabrane konie
podróżnym, a wysiadł*zy tam, podzielili się na od
działy Jeden ppd dowództwem starego wodza u
krył się w puszczy, drugiemu pod zarządem Ma
gny przeznacz no «traż jeńców U pa trzy w «zy ito.
eowną chwilę, Hainworth postanowił przemówić do
Chytrego Lisa, próbując, czyli w ten iposób nie
zdoła zmiękczyć okrucieństwa jego.
—Chciałbym pomówić z tobą—rzecze, zbliża
jąc się ku niemu.
—Mów!—odrzekł dumnie Magna!
-Jednak nie wobec wszystkich...na osobności
z tobą po nówić pragn*.
ludy an in cofnął się o parę kroków, dając znak
Dunkanowi, aby sze ił zanim.
--No! mów teraz -wyrzekł ponuro:
Chcąc wzbudzić poctucie człowieczej godności
Indyaninie. Hainworth objaśnił go w krótkich sło
wa -h, iż tak on, jak i Jego towarzyszki są prze
konanemi, iż Chytry Lis pozornie tylko, aby nie
wzbudzić podejrzenia w współbraciach, uwięził
córki pana 3wego Monroe i że uwolnić je przy lada
sposobności będzie się starał, a wówciaa za odpro
wadzenie tychże ich ojcu w bezpieczeństwie sowi
cie z'o tem wynagrodzonym zostanie. Magna w głę
bokiem milczeniu słuchał słów Dunkana, który są
dząc, iż Indyanin waha się, powtarzać zaczął obie
nicę obsypania go darami przez pułko fnika Mon
roe.
—Dość!—zawołał nagle Indyanin.—Lis Chytry
mądrym jest wodzem i nieda się w pole wyprowa
dzić. Co uczynię, zobaczysz!
Tu odszedł, a zbliżywszy się do koni, kazał
jeńcom powsiadać na nie, co dziewczęta chętnie
spełniły. Hainworth z Davidem nieodstępowali ich
ani na chwilę, oglądsją? się bezustannie, czy nie
nadchoiei pomoc z twierdzy Edwardidale. Pochód
zam» kali Indyanie z Magną na czele. Po dość długo
trwającej węirówce, dano znak wstrzymania
oddziału dla wypoczyrku, z czego korzyatając,
Dunkan zbliżył się powtórnie ku Chytremu Liso
wi, chcąc z nim zacząć roimowę.
—Idź do czarnookiej córy wodza swego i po­
wiedz jej, te Magna pomówić zn'ą pragnie
Indyanin.
Dunkan pospieszył o wezwaniu zawiaio/mć
Korę.
—Od twej roztropności w poprowadzeniu z
tym nikczemnikiem rozmowy zaleźć będzie fycie
nasze, Koro, sze jnęła 4o niej Alicya.
Kora, złożywszy pocałunek na biadem czole
siostry, zbliżała się Dankanem ku Indyaninowi,
który, spostrzegłszy nadchodzącą dał it-muż zoak
odejścia. Hainworth zawaha) się, jak towum po
wierzyć dziewczę to wiarołomnemu zdrajcy?
Zauważyw-zy to. Kora z uśmiechem zwróciła
się ku towarzyszowi.
Słyszałeś, Dunkanie. życzenie Magny, idź
więi do Alicyi i pcciesz ją dobrą nadzieją. A tfdy
Hainworth iddałał się zwulna, zwrćciła się do Ma
gny:
—Cóź oznajmi Chytry Lis córce pułkownika
Monroe? Z8pvtała.
—Posłuchaj—rzekł do niej oważnie. Tu za
czął przemowę, wychwalając ró. wodzćw nieustra
szonych, z jakich pochodził, dodając iż i jemu nie
brak męstwa i odwagi.—Męstwo to jednak than
bił we mnie stary pułkownik Monroe, twój ojcicc—
dodał, marszcząc gniewnie brwi—shiińhił bo kn«
zawszy przywiązać mnie (lo drzewa, dnł osiec róz
gami. Patrz!—zawołał z unieeienien gniewu, na
pierś wskazując, —b izna ta, to znak, który mi ni
gdy tej hańby zapomnieć niedozwala. Huron cho
wa pomstę i czeka długo na oddanie jej wrogowi,
ale oddać ją musi—dodał, rzucając pałające niena
wiścią spojrzenie.
—A jednak szlachetny Indyanin i przebaczać
umie urazy—odpowiedziała łagodnie Kora Od
prowadź o cu c^rki jego bezpiecznie, to będzie
najszlachetniejsza zemsta z twojej strony, wów
czas zostaniesz jak *yn przezeń przyjętym i wyna
grodzonym.
Magna ściągnął brwi z niei kcntentowaniem.
—Jasnooka siostra twoja rzekł zostanie
przywróconą ojcu swemu wtedy, jeśli ty udasz się
z Magną w puszcze do jego ojczystego wzgórzs, zo
staniesz jego n ałżonką i tam z nim osiądziesz na
wieki.
Kora, zwalczywszy wstręt jaki w niej obudzi
ły te słowa, odpowiedziała.
—Czyliż me lep ej bedaie wam wziąf złoto z
rąk siwowłosego wodza Monroe za odprowadzenie
córek i kupić sobie żonę z pokolenia Hur nów.
—Nie lep'ej,—zawołał—bo dyby padły znów
ciosy na grzbiet Chytrego Lisa, on dał by odctuć
ból tych ciosów starego wodza czarnookiej córre.
Na te odpowiedź nikczemną dziewczę nie by
ło w stanie powstrzymać onurzenia.
—Potworze! zdrajco! nędzniku!!!-zawołała,
przejęta wzgardą i wstrętem do głębi.
Na s'owa te straszny uśmiech wykrzywił usta
Indyanina, popal rzył na nią z wyrazem okrucień
stwa i nienawiści, a oddaliwszy się zwolna, przy
łączył się do grupy współbraci ucztujących nad
kawałami surowego, ciepłą krwią jeszcze ocieka
jącego jelenia.
Alicya. spostrzegłszy Korę powracającą, pod
biegła ku niej z pospiechem.
—I cóż?—pytała niespokojnie.
—Jeżeli rychło pomoc nam nie nadejdzie—od
powiedziało dziewczę smutno—na śmierć się gotuj
my.
ROZDZIAŁ VI.
Wyswobodzeni.
W czasie tym Magna wygłosił mowę do swojej
bandy, w której starał się ujawnić wszystko złe,
jakie kiedykolwiek spotkało Indyan ze strony bia
łych, dla wzniecenia wiekszej nienawiści, nie za
pomniawszy i o współziomku zabitym na dębie
przez Sokole Oko.
Wzburzeni tą mową krajowcy, wydali krzyk
dziki, rzucając pałające wściekłością spojrzenia na
uwięzionych. Następnie rozpoczęto przygotowania
do wywarcia zemsty na jeńcach. Jedni projekto
wali zgiąć dwa drzewa, a pi zywiązawszy jedną
nogę Hainwortha, do jednego, drugą zaś do dru
giego, rozciąć następnie łyka związujące wierz
chołki obu drzew inni zbierali chrust dta przy
gotowania zeń stosu dla o tiar. Magna raz je
szcze zwrócił się do Kory, żądając od niej albo
oswobodzenia siostry z resztą niewolników, jeżeli
ona zgodzi się udać wraz z nim jtko małżonka w
głąb puszczy, albo mąk okrutnych i śmierci dla
wszystkich.
Wybladłe dziewczę zbierało ooyśli w milczeniu,
nie bęląc w stanie odpowiedzieć,gdy osłabiona do
tąd Alicya nagle zawołała:
Ja nie pozwolę na tę ofiarę... ja! .. czy ro
zumiesz, nikczemny
-Gińcie więc! z wściekłością krzyknsł Indy
anin i lotem strza'y puścił tomahawk w powietrze.
ilti PUSUAJ PlkSM^.ZUIt
AMERYKA-ECHO
rzekł
i
llemy rały następujący przybór': pidrikt «7|M| H-kM»iowm iłotoa ptiiuui 1«
"il Zegarek, o jednej kopercie (n»pl«» Jaki chceea,) który t*d*fe wsku w»ł ena Uk dofcrsę
•ąllepMj SOdoWowT segtrek 5 z kaftdym aegarklem gwarantowane poświadczenie, t» w prsecląna 5
lat będziemy go reperować dariuo, lub muiilenimy na lany. Jefcell siq wpaaje. 1posłaeąny fcaieasiek a
Brelokiem. 1 prawdilwą aagleUką bnjtwe, 1 poiłacany Pierścionek s twęjeml literami I Brylantową
Brelokiem. 1 prawdalwą aagleUką bnjtwe, 1 poiłacanj Pierścionek 1 twojrml literami I Brylantową
uplnke 1 brylantową sipllkę do krawata 4postawnie apinki do koinlersyka 1 pare pleknrek spinek do
mankietów iyiecaekdo heroaty 1 alaskaiaklegosrebra. Obejrayl wpierw• wa«ystkodoWadnle, a
sle priekoniBs, nigdy w tycio nie miał sposobności Uk tanio coi kupić, to zaptać 93.96 i koeita eks*
preeu w ureeciwnym rasie nie płać ani centa. Nie chcemy nic więcej, tylko *ebyś nae polecał swoim
prayjaciofom. Taki ear praybOr. tylko a duńskim segarklem o jednej 1'opercle, zamiast męskiego, ko
««taje «4.70 poeta* poczta. J«*»ii praytlees plenląaae ntwuinnkiem i 86c e' a rs na marki
». U. HOLLAND ft 00. IS3 FIFTH ŁYB. CHICAGO. U.U glinuniwiann. (TmOna młinJt aa niiksta.)
Fatalny topór z przerażającym Świstem mignął
przed oczami Dunkana, a musnąwszy następnie
wfosy Alicyi, uwiązł w jednem z drzew pobliz
kich. fsa widok ten ostatnia rozpacz owładnę
ła Hainwortha. Wytężywszy wszystkie swoje si
ły, zerwał łyka drzewne, jakiemi był skrępo
wany i rzucił sięgną o 10k stojącego Hurona,
który chciał cios Magny powtórzyć. Obaj schwycili
się wzajem, padając na ziemię w strasznem szamo
tatiiu. Z żelaznyco objęć Hainwortha pierwszy
wy&iizgnął się Huron, a przycisnąwszy nogą pierś
Dunkana, zamiertył się maciugą aby mu za
dać śaie"telny cio gdy wtem ponad uszami
Ha i 'wo^tha priebitgł przeciągły świst, po któ
rym rozległ się strzał, i w mgnieniu oka dzi
ki btz wydania jęku padł martwy «a ziemię.
I Krzyk: Długa Strzelba! Długa Str elbal roz
I
leg? się w gromadzie wystraszonych Indyan, a tuż
zb Dunkanem pojawił się Sokole Oko w towarzy
stwie Unkasa, który, siekąc toporem w prawo i w
le o, zatrzymał się obok z ostrzem błyszczącego
noża. Z drugiej strony dziewczecia, jak widmo
jaw ła się postaw starego Mohikanina i naraz
zawrrała walka straszliwa wobec drżących z prze
rażenia i grozy dziewcząt.
Przed oc tyma ich szybko, jakby ścinani kosą,
padali Huronowie z rozmiaż honemi czaszkami,
alt o uduszeni w objęciach rozszalałego Unkasa.
Opodal w śmiertelnych zapasach wiłsięSzymgasi
guk z Magną. W strasznym uścisku tym dusiony
Mohikaoii zdołał dosięgnąć n )ża tkwiącego mu za
pasem, a podniósłszy go w górę, zadał piorunują
cy cios zdrajcy.
—Z wyc ęstwo przy Mohikanach, zwycięstwo!
—krzyknął z całjch sił Sokole Oko, podszas gdy
Chytry Lis, uniknąwszy ciosu Szymgaszguka, zer
wawszy się na nogi, pędem strzały uciekł w głąb
lasu. Pier wszem staraniem Unkasa było oswobo
dzeme obu dziewcząt z krępuiących je więzów.
Obie siostry z radosnym płaczem p*dły sobie w
objęcia, powtarzając imię ukochanego ijca swoje
go.
—A gdziet jist nauczyciel?—pytał Sokde O
ko, spoglądając dokoła, ho! ho! i jfgo splątali—
łodał, spostrzegłszy Davida w więzach, bez życia
prawie leżącego na z'emi. Przystąpiwszy doń, roz
ciął nofcem łyka. któremi biedak był skrępowany,
uaił jąc przy wieść go do przytomności. Gdy po
dróżą cy na*i uspokoili «ię nieco, zapytał Dunkan
oswobodzicieli, skąd tak oagle zjawili się nie
przyprowadziwszy z sobą pomocy z twierdzy Ed
warJsdale?
—Gdybyśmy naprzód udali się do fortecy, &
nar.tępnie przybyli do was z pomocą—odpowiedział
lapytany—zdążylibyśmy przybyć jedynie po to, by
iała wasze pogrzebać
-Jakim jednakże sposobem wytropiliście ślad
droi?i naszej?—pytał Dunkan dalej—Huronowie
zacierali najmiejszy znak jak tylko mogli naj
staranniej. Gdy Kora umyślnie upuściła rę
kawiczkę, chcąc, by ona was naprowadziła na ślad
przejścia naszego, jeden z bandy, domyśliwszy się
celu, podniósł ją i oddał natychmiast właściciel:e.
W dalszej drodze gdy nagięła nieznacznie dwie ku
sobie gałęzie,podstępny Magna spostrzegł to i ściął
natychmiast drzewo toporem, do zrozumienia da
jąc Korze, iż w raz e prób dobnych z jej strony,
będzie się starał poat&pić z nią, jak ze ściętem tyl
ko co drzewem.
—Po końskich śladach dc szliśmy jedynie ii
nikczemnicy w tę str nę was uprowadzić zdołali.—
Rozm wy o tym przedmiocie rwa'y dopóty, dopóki
cała gr mióka nieziołała spoż pożywienia,przy
gotowanego jej przez Unkasa, poczem Sokole Oko
dał znak do jszeniu w dalszą drogę.
Gdy Kora i Alicya siadły na konie, mężczyźni
siedli obok nich zahży «szy strzelby na ramiona,
a David Hamuth. dobywszy kuątkę, zaczął z cicha
odczytywać psalmy, usiłując skrócić tymsposibem
czas dłigiej i ciężkiej pielgrzymki wędrowców.
ROZDZIAŁ VII.
Niebezpieczna podróż.
Zmęczeni wędr wcy pod wieczór zatrzymali się
w głębi leśnej puszczy.
—Zapaiają e słońce wskazuje nam czas do
ppoczynku—wyrzekł Sokole Oko.—Miejsce to jest
mł dobrze zrazem—mówił dalej.—Idźcie więc za
ima kawałek jesz.ze, & ziaj iziemy na noc schro
nienie, tutaj bowiem spoczywać byłoby niebez
piecz&em. I nie czekając odpowiedzi, skrę .ił na
lewo.
Idąc za nim, podrótnicy wkrótce dosięgli pa
górka. Sfa wzgórzu tem widniały porosłe trawą
zwaliska, wiioc z lie resztki jakiejś f» rte y z da
wniejszych czasów. W tych ruinach Sokole Oko
pele ił spocząć towarzyszom.
—Byłem bardzo młjdym—p» czął, spoglądając
PERFECTO
ZAPŁAĆ fU OUbBKANIU, JBZULI CI Się WłIWBA! *3.y»
tspreaowel, my cl po-
Ctjr»4o
Hł-
Dnia 3 Marca 1WK5
na tu i owdzie porozwalane kamienie, gdym pćlflw
gał w stawianiu tej twierdzy, w której sądzoTiem\
bjło następnie mnie i moim kolegom "położyć
dwadzieścia głów nieprzyjacielskich.
Młodzi
szkowi, jakim byłem naówczas, zaledwie wyszłe
mu z dzieciństwa, nie przywykłemu do widoku
krwi ludzkiej, okropną zdało s? rzeczą pozostawić
te ciała na łup dzikich zwierząt. Dlatego własnemi
rękami pogrzebałem je pod tem tu wzgórzem.
I Sokole Oko wskazał na wywyższenie podo
bne do piaszczystej ławy, porosłe murawą.
Długi czas z zaciekaw if niem słuchały podróś
niszki nasze opowiadań dzielnego człowieka o wy*
prawach jetro, aź Hainworth z Unirasem oznajmili,
iż wszystko do spoczynku jest już przy
goto wanem.
Strudzeni drogą pełną niebezpieczeństw, zajęli
wędrowcy w ruinach dla się przeznaczone miejsca
i wkrótce zasnęli snem twardym. Dunkan zaklinał
się, że spać nie będzie, czując się w obowiązku
strzeżenia córek pułkt wnika Monroe, zwyciężyło
wszakże wolę jego zmęczenie tak,że nie spostrzegł
szy nawet kiedy, zasnął jak zabity. Przebudzony o
świcie cichym głosem Szymgaszguka, zerwał się
z trwogą.
—Kto t8m? Acb, to ty przyjacielu,—zawołał.
—Tak, biały mój bracie—odpowiedział Mohi
kanin.—Słońce wschodzi, puszczajmy się więc w
drogę.
—Masz iłjszność -rzekł Hainworth,—rozbudź,
Unkasa i Davida, ja przez czas ten przygotuję do*^
drogi córki pułkownik*.
—Jesteśmy już do niej przygotowane—za
brzmiał dźwięczny głosik Alicyi—i to przygotowa
ne choćby do najdalszej podróży. Ale ty biedny
nasz opiekunie Dunkanie—dodała żartoliwie—nie
spałeś przez noc całą zapewne, stojąc witych rui
nach na straży.
Zawstydzony młodzieniec nie wiedział co od
powiedzieć, gdy z niemiłego pohżenia wyprowa
dził go okrzyi starego Mohikanina: "Hu!" W
języku krajowców byh to oznajmienie czegoś nie
zwykłego. Na dźwięk ten, podróżni nasi wybiegli
ze zwalisk i Sokole Oko jął się wsłuchiwać z uwa
gą.
—Tst!—rzekł po chwili— słyszy jakieś kroki,
ukryjcie się predzej, a zarazem sclowajcie i ka
nie.
Gdy wszyscy w zwaliskach zniknęli, on z o
strożnością kota jął rozpatrywać się do koła i za
trzymał się nagle przed jednym z otworów w rui
nach, z tej bowiem strony posłyszał szmer i szelest
w krzakach. Z gęstwiny otaczającej zwaliska po
jawili się Idy anie, rozczepiając z podziwu godną
zręcznością krzaki, pokrywające nasyp mogiły.
Widocznie przypomnieli sobie, co jest ukryte pod
wzgórzem. Czas jakiś szeptali pomiędzy sobą, na
stępnie, spojrzawszy z pewnera wzruszeniem na
mogiłę, zwolna ukryli się fe gąszczu.
Sokole Oko z bacznością śledził za nimi,
przekonawszy się, że odeszli, oznajmił podróżny
iż mogą wyjść bez obawy, ponieważ dzicy udafi
się w przeciwną drogę tej, która wiodła do twier
dzy William He iry. Grcmadka wędrowców udała
się teraz śladem wskazanym przez Sokole Oko.
Ciężką drogę jednakże przebywać im przyszło, za
nim dosięgli brzegu małego bystrego potoku, któ
ry prsepłnąwszy, weszli na ścieżkę wiodącą do
gęstego lasu. Tu powitał ich niespodzianie wy
krzyk we francuskim języku:
—Kto idzie?
—Francya!—odpowiedział Dunkan—w tym
samym języku, podchodząc do strażnika.
—Skąd, gdzie
1 po co?—zapytał strażnik.
—Wracam z poszukiwań.
—Czy służyiz pan w armii królewskiej?
—Tak jest, kolego, udało mi się zabrać w nie
wolę córki nieprzyjacielskiego komendanta.
—Zal mi was, piękne panie—zwracając się do
dztew ząt, wyrzekł Francuz uprzejmie.—Cóż po
cząć jednak. Prawa wojny są nieuniknione.—Po
tem, podchodząc do Dunkana, rzekł:—Prowadź,
kclego do twierdzy wzięte niewól lice. Niech ci
Bóg szczęścił
hainworth. pozdrowiwszy strażnika, dał znak
tow»rzyszom, aby szli za Hm. Po Krótkiej wędró
wce spotkali wielkie bagna, które przebywać po
trzeba było. Sokole Oko dał znak dwu siostre
aby zsiadły z koni. Odebrawszy je od nich
pusstzijąc je w travę izikać sobie p)żywieiia,
riekł:
—Z Bogiem! na wolność!... wierne bieguny, a
strzeżcie się wilków, których tu poddostatkiem.
—Jftkto? 'zyliż konie nie będą nam już pc
trzebne?—zapytał Hainworth.
—Spójrz pan na drogę, leżącą przed nami, I
osądź—wyrzekł Sokole Oko, wskazując na rozto
pione bagna —czy koń przejść je będzie w sta
nie?
Nie było czemu zaprzeczać.
Przechód»ąc z kępki na kępcę ziemi, a *acztj
przeskakując po bagnie, po długich trudach nie
zmiernie uciążliwej drogi, udało się dostać wędro
wcom do młodego gaju, leżącego między twierdzą
William Henry, a temże błotem. Nie było jaszcze
końca przeszkodom. Las od tej strony napełniali
szpiegowie mtcalma. Czuły słuch Sokolego Oka
przy pier wszem wejściu do gaju odkrył izum do
brze sobie znany. Wstrzymawszy towarzyszów, z
ostrożnością tygrysa przemknął się między krz&»
kami w głąb lasu, a wróciwszy odtzvał się:
—Nie omyliłem się, w pobliżu leży twierdza,
strzeżona przez pułkownika Monroe, obsadzona
wszakże ze wszystkich stron nieprzyjacitlskiemL
wojskam A co? słyszycie...—dodał wskazującTj
W chwili tej zagrzmiały armatnie strzały
mierzone przez francuską artyle *yę w ściany twier
dzy William Heary.
en
k
a

xml | txt