OCR Interpretation


Dziennik Chicagoski. [volume] (Chicago [Ill.]) 1890-1971, June 03, 1892, Dodatek do No. 130. “DZIENNIKA CHICAGOSKIEGO”, Image 5

Image and text provided by University of Illinois at Urbana-Champaign Library, Urbana, IL

Persistent link: https://chroniclingamerica.loc.gov/lccn/sn83045747/1892-06-03/ed-1/seq-5/

What is OCR?


Thumbnail for

Dodaiek do No. 130.
„DZIESNIKA CHlCAGOSKIEfiO"
Piqtek, dnia 3 Czerwca 1892.
Dwadzie&cia tysi^cy mil
PODMORSKIEJ ZEGIUGI.
— Praez —
JUXiIUSZ^. VHRNE
(Ci%g dalszy).
Zachwyceni byli^my rezultatem naszego
polowania. Ned rozradowany zamierzal wr6
cid zn6w jutro na czarodziejsk% wysp$, bo
chciai z niej zabrad w9zystko, co mialo cztery
nogi, a daio si§ je^<5. Ale nie liczyl na wy
padki.
0 sz6stej wieczorem powr6cili§my nabrzeg;
J6di nasza stafa gdzie^my zostawili, a Nau
tilus jakby jaka diuga skaia le4at na morzu o
jakie dwie mile od brzegu. Ned wziql ai$ do
wielkiej sprawy, do przyrz$dzenia obiadu — a
znai si$ na tem wybornie. Upieczone na w$
glach kotlety wydawaiy rozkoszn§ woli rozle
waj§c$ si§ w powietrzu.
Got<5w bylem iS<5 za przyktadem Kanadyj
czyka i ekstazyowad si§ nad pitczon§ ^wie2^
wieprzowin^! Moina mi to wybaczyd, jak j&
wybaczylem Kanadyjczykowi i dla takich sa
mych pobudek. Koniec koilc6w obiad mieli
£my doskonafy — a przeciei go nie zepsula|pa
ra grzywacz6w, ani ciasto sagowe, owoce: chle
bowy, mangowy i kilka ananas6w. Do picia
mieli^my sok przefermentowany z pewnego ro
dzaju orzech6w kokosowych, kt6ry nas wesofo
usposobif. Zdaje si^ nawet, ie poj^cia moich
towarzysz6w straciJy nawet ju2 coS ze zwyktej
jasnoSci.
— A co, 2eby6my te2 nie wr6cili na noc do
Nautilusa, m6wii Conseil.
— To lepiej nigdy ju2 tam nie wracad!
<Joda£ Neu Land.
W tej chwili upadJ kamieii przy nas, i
przerwaf rozwodzenie si§ oszczepnika.
XXII.
Piorun kapitana Nemo.
Spojrzeli^my w strong lasu, nie podnosz^c
si$ — jednak moja r§ka wstrzymala sw6j ruch
ku ustom, Ned nie zatrzyma! swojej.
— Kamieii nie mo4e spaSd z nieba, rzekl
Conseil, chybaby byi aerolitera.
Popart t$ uwag§ drugi kamieii, starannie
zaokr^glony, wytr$caj$c Conseilowi z rgki so
czyste udko grzywacza.
ZerwaliSmy siQ wszyscy gotowi z fuzyi od
powiedzied na wszelk% zaczepk^.
— Czy to maipy? zawyiai Ned-Land.
— Co£ bardzo podobnego, odpowiedzial
Conseil, bo to dzicy.
— Do JodzT! zawoJaiem, zwracaj^c si$ ku |
morzu.
Istotnie trzeba byio si§ cofad, bo o sto kro
k6w ledwie od nas, na wyjSciu z gaju zasJania
j^cego widnokr^g z prawej strony, pokazaio
si$ ze stu dwudziestu krajowc6w uzbrojonych j
w Juki i proce.
0 jakie dziesi§<5 s^ni od nas stato cz6hio
nasze. Dzicy zbliiali si§ nie biegn$c, ale nie
posk^pili nam oznak zaczepnych: gradu strzai
i kamieni.
W jakie dwie minuty byliSmy jui na brze
gu. Coprgdzej znieSliSmy nasze zapasy i broil
do cz6hia, zepchn^liSmy je na wod$ i zaioZyli
6my wiosfa. Ledwie^my nieco odpfyn^li, gdy
okofo stu dzikich weszto we wod^ do pasa wy
j^c i groZ^c nam gestami. Spojrzalem naNau
tilusa, Zeby zobaczyd, czy zbliZaj^cy si§ goScie
nie wywofajq na pokJadzie jakiego ruchu. Ale
nie! Ogromna machina leiaia na wodzie, nikt
si§ na niej nie pokazaf.
W mato co wi$cej jak kwadrans byli^my
juZ na pokiadzie; wejSeie byfo otwarte. Przy
czepili&ny J6d2 i weszliSmy do Srodka. Uda
iem 8i^ do salonu, w kt6rym brzrniala muzyka.
ByJ tam kapitan Nemo schylony nad organami
zatopiony w zachwycie muzyczuym.
— Kapitanie! zawolalem.
Nie sfyszaf mnie.
— Kapitanie! powt6rzyfem dotykaj$c je
go ramienia
— Ach! to pan, rzekf drgn^wszy i obra
caj%c si^ ku mnie. No i c6t ? powiodio sig po
lowanie, na zbieranie roSlin.
— Dobrze poszlo wszystko, odpariem, ale
na nieszcz^^cie sprowadziliSmy za nob§ groma
d$ dwunogich istot, kt6rych blisko3<5 niepoko
j$ca mi si§ zdaje.
— Istot dwunogich ?
— Dzikich.
— Dzikich! rzekl kapitan ironicznie. I c6t
si^ pan dziwisz, 4e6 spotkal dzikich, wst^puj^c
na jedn§ cz§66 kali ziemskiej. A gdziefc ich
nie ma? A wreszcie czy ci, kt6rych dzikimi
pan nazywasz, gorsi od innych.
— Ale2 kapitanie!....
— Co do mnie, spotykalem ich wsz^dzie.
— Wi§c jeSli pan nie chcesz przyj$<5 ich
na poktadzie Nautilusa, to trzeba przedsigwzi^d
pewne Srodki ostroinoSci.
— Uspok6j si^ pan, panie profesorze, nie
ma si$ o co kiopotad.
— Ale ich jest porz%dna gromada.
— A ile2 mniej wi^cej ?
— Najmniej stu.
— Panie Aronnax, rzeki- kapitan Nemo
ktad^c zn6w palce na klawisze — niech si§ tu
zbiegn^ wszyscy krajowcy Papuazyi! Nautilus
si$ ich nie obawia.
Palce kapitana zacz§fy przebiegad klawisze,
ale uwaialem, te dotykai tylko czarnyeh, co da
waJo melodyi bardzo wydatny cbarakter szko
cki. Zapomniat o mojej obecnofoi, a ja te4 nie
miaiem zamiaru rozpraszad jego marzenia.
Wyszedlem na pokJad. Noc ju4 zapadia,
bo pod t$ szerokoSci^ sfoiice nagle zachodzi, i
nie pozostawia zmierzchu. Wyspa Gueboroar
przedstawiaia si§ jak za mgl§ — ale liczne
ognie rozpalone na brzegu, wskazywaty, ie
dzicy nie mySleli si$ oddalid. (C. d. n.)
Protekcyaa wolny handel.
Rozprftwa Henryka George.
(Ci%g dalszy.)
Rozdziai IT.
Prottkcya w powszechnem taatosowa
niu.
A4eby zrozumied jak$ sprawtj, do
brze jest najprz6d zastanowi6 siQ nad
nisi zewnQtrznie i zbada<5 jej stosunki
na zewn%trz, aim si$ weitniemy do
szczeg6t6w. Post%pmy w ten spos6b
z teory% protekcyi.
Protekcya o ile ten wyraz oznacza
pewn^ politykg krajow%, ozn&cza na
kladanie eel na przedmioty przywo
2one celem ochronienia od konkuren
cyi wlasnych fabrykant6w takieh
przedmiotOw. Zwolennicy protekcyi
zapewniaj^, te celem zwi^kszenia
dobrobytu kraju, potrzeba postarac
si^, aby ten kraj nam produkowai
wszystko, co tylko zdoia i te w tym
celu przemyst krajowy potrzeba
chronid przed konkurency^ przemyslu
zagranicznego. R6wnie4 twierdzij
(przynajmniej w Stanach Zjednoczo
nych), te naleiy robotnik6w broni<5
taryfami clowemi od konkurencyi
towar6w produkowanych w innych
krajach, gdzie place robotnik6w s%
niskie, aieby tym sposobem robotni
kom tym wyrobid place jak najwy2
sze. Nie sprzeciwiaj%c si$ jeazcze
tej teoryi, obaczmy, jakie zastosowa
nie ona ma na zewn^trz.
Teorya protekcyi, naleiy na to
uwa2a6, jest prawem og61nem r6wnie
wainem w jednym kraju, jak w dru
gim. Jakkolwiek zwolennicy protek
cyi w Stanach Zjedooozonjch zazvry
czaj rozwodz^ si§ nad „amerykafisk$
protekcyi" lub „brytyjskiin wolnytn
handlem", to przecieZ protekcya ma
waZnoS6 dla kaidego kraju. Amery
kafiscy zwolennioy protekcyi posiu
guj^ si^ wywodami zwolennik6w
protekcyi zagranicznych, a nawet
jesli przyznaj%, \t zagraoiczna pro
tekcya dla nas jest szkodliwq, powia
daj$, Ze jest to przyklad, kt6ry po
winniSmy naSladowi <5. Dowodz^, Ze
(przynajmniej do pewnego stopnia
rozwoju kraju) protekcya wsz^dzie
dla kraju jest zbawienu^, a wolny
handel wsz^dzie szkodliwy; Ze kraje,
w ki6rych si§ powodzi, powodzenie
swe zawdzi^czaj% protekcyi i Ze
wszystkie kraje, kt6re chc% sobie po
wodzenie zapewnid, powinny zapro*
wadzid protekcyi AZeby wywody te
byty siuszriyrai, musz% one mied za
stosowanie og6lne, gdyZ niedorze
czno6ci$ byioby twierdzid, 4e teorya
wzrostu dobrcbytu i rozwoju kraju da
si$ zastosowad w jednych krajach, a
w drugich nie.
Byiem ja przez wiele lat po doj
gciu do peinoletnodci zwolennikiem
protekcyi, a przynajmniej a^dziiem,
Ze nira byiem, gdyZ bez naleZytego
zastanowienia siQ nad t% kwestyn,
uwierzylem, jak to wielu czyni, wy
wodom innych. 0 ile jednakie wie

xml | txt