OCR Interpretation


Dziennik Chicagoski. [volume] (Chicago [Ill.]) 1890-1971, May 10, 1905, Image 4

Image and text provided by University of Illinois at Urbana-Champaign Library, Urbana, IL

Persistent link: https://chroniclingamerica.loc.gov/lccn/sn83045747/1905-05-10/ed-1/seq-4/

What is OCR?


Thumbnail for 4

Dziennik Chicagoski
Piamo polityczna poświecone intereeom Polaków
W wiM»h Zj«daocaoaych Ameryki P6łxL
WYCHODZI CODZIElł
wyjąwszy Niedziel I Świąt uroczystych.
Za ogtoaeaia! artykuły pod assttwklcm "N«
4«ełan«", redakeya. Dzienmka ChlcagcekiegO ni#
tl«n odpowiedzialności.
PRZEDPŁATA WYNOSI:
Rocznie $3.00
Półrocznie..............«... 1.S0
Kwartalnie,.......... , 75c
JVlMl^CXZtl« 25c
W Chicago poczta mi«iQcznle... 3Sc
Do Enropy rocznie 4.50
W«xoltla 11 ety, korespondencie lalcotei przeeyk
U pieoiąfta* naleiy poayiać pod adresem:
THS POLISH PUBLISHING CO.,
141-U8 W. DlTlalou St..
T*L Moaroe 794. CHICAGO, ILL.
W razie nieregularnego otrzymywania "Daien
sika Cbicagoaluego" proaimy natychmiast nua
świadomi^
Dziennik Chicagoski
THS POLISH DAILY NEWS
T%» oMeet and moet inflnendal Poliah Daily
ia Sute oi Illinois.
Iasned etery day ezcept Sunćays and HolldayŁ
Pnbliahed by THS POLISH PUBLISHING CU
TERMS OP 8CBSCR1PTION.
Oneyear $3.00
8lx months 1.50
Tbree montha........... 75c
One month 25«
la Chicago by mail for oae month... SSc
To Europę for one year 4.00
AU lott era ahall be addreeatd to
THE POLISH PUBLISHING CO.,
141—143 W. Diriaion St.,
Pb oae Honroe 7M. CHICAGO, ILL.
ENTERED AT THE CHICAGO, ILL. POST
OPFICE AS 8ECOND CLASS MATTER.
», ■
8IXTEENTH YEAR—No. 109.
WEDNESDAY, MAT 10. 1905.
X lNur» meteorolQ£iezueęo.
Temperatur* dzialejeza:
O GUDZ. 7 BA2*0 43 Sto pal F. wyżej
* 8 •* 48 * "
» B * <8 - M
w 10 •» 4f * »
" Xl " 49 * "
Prawdopodobni piękna pogoda działaj po po*
łndalu, lacs lekH d«*ascz d»4 wieczór i we Czwar
tek. Ciap^. iwiety iailnj południowy wiatr
daJś i jurro.
O
KALENDARZYK.
Jutro, czwartek, 11 maja: Mamerta
biskupa.
o
PRZEGLĄD
POLITYKI MIĘDZYNARODOWEJ. I
Chicago, iogo maja.
Przed dwoma tygodniami
wszystkie główniej sze gazety o
głosiły telegram z Warszawy, ja
koby tam otrzymano prywatną
wiadomość z Petersburga, że za
raz po znanych "koncesjach'*,
które komitet ministrów przyzna!
Królestwu Polskiemu, generalny
gubernator p. Maksymowicz pro
sił cara o przeniesienie go na in
ne stanowisko, ponietważ on nie
chce brać na siebie odpowiedzial
ności za następstwa oburzenia^
jakie powstanie w Królestwie
Polskiem na wiadomość o tych
"koncesyach". Dodano w tym te
legramie, że nie wiadomo, jak car
przyjął tę prośbę p. Maksymowi
cza. Nie wiadomo więc rzeczy
najważniejszej: szczegółu, bez
którego całe doniesienie nie ma
żadnej wartości i wygląda na baj
kę. Przed podróżą generała Mak
symowicza do Petersburga na
posiedzenie komitetu ministrów,
rozpuszczono pogłoskę, ' zanoto- I
waną przez te same wiedeńskie i
berlińskie dzienniki, jakoby gene
rał powiedział, że będzie żądał u
względnienia słusznych naszych
życzeń, a jeżeli spotka się z opo
rem ministrów, to ustąpi, bo "nie
myśli wysługiwać się tym pa
nom". Teraźniejsza więc pogło
ska o zażądaniu przez generaia
dymisyi urosła z tamtej pierw
szej pogłoski o zamierzonem
przezeń dobijaniu się tego, co
nam się słusznie należy. W oba
tych pogłoskach zapewne nie ma
nic rzeczywistego. P. Maksymo
wicz zaledwie miesiąc temu od
jął urząd generalnego gubernato
ra. Przed przybyciem do War
szawy był u cara i naradzał się z
ministrami, więc już wtedy do
skonale wiedział, jakie są zamia
ry rządu i do jakiej wezwano go
roli. Jeżeli wówczas przystał na
nią, to nie miał powodu- teraz jej
się zrzekać. Pogłoska, rozpusz
czona przez niemieckie dzienni
ki, jest więc tylko dowodem, że
nawet one, chociaż nam wrogie,
uznały zupełną niedostateczność
"kóncesyj" postanowionych przez
komitet ministrów.
Lecz postanowienie tego komi
tetu jest czemś więcej, aniżeli
tylko niedostatecznem: jest pro
wokacyą, jakby zachęceniem do
rozruchów, jakby wezwaniem
naszej ludności,.aby się porwaia
do gwałtownych czynów, które
rząd mógłby najpierw utopić we
krwi, zadusić na szubienicach,
wdeptać w zTemię kopytami kont
kozaLckięh, -ł-pofaeg- przedata«i&
narodowi rosyjskiemu, który pro
testuje przeciw uciskaniu podbi
tych krajów, że przecież buntow
nikom nic dać nie można, oprócz
kneblów i kajdan. Tak 'robiono
już nieraz. Tak postąpiono przed
rokiem Ó3cim, kiedy światłe oby
watelstwo rosyjskie gorąco prze
mówiło za uznaniem naszych
praw. Tej metody trzymają się
wszystkie najezdnicze rządy,
wszystkie drapieżne, które istnie
ją nie dla narodu, ale dla siebie.
Szef kancelaryi bismarkowskiej
Busch zapisał w swych pamiętni
kach takie opowiadanie "żelazne
go kanclerza" z czasów oblężenia
Paryża: "Favre po każdej nara
dzie ze mną wracał do swoich w
największym strachu. Był swobo
dny, nawet gadatliwy, trochę tyl
ko stękał, ale jak wilk pochłaniał
półgęski,lecz kiedy musiał już je
i chać, wtedy bladł i trząsł się. Raz
! mu powiedziałem, że jeżeli chce,
możemy urządzić polowanie na
spółkę, ale on nie zrozumiał mej
myśli. Więc w parę dni potem,
kiedy mu się wyrwało: "Strasz
nie ciężkie jest moje położenie w
Paryżu! Za jakie trzy dni będ.j
zaliczony do zdrajców" — ja za
raz rzekłem: "To wywołajcie po
wstanie w Paryżu, dopóki macie
armię, aby je stłumić!" Spojrzał
na mie dużemi oczami, z widocz
nym lękiem, ale spostrzegłem, że
się rychło oswoił. No, i mieli oni
tam komunę. Bardzo .pojętni lu
dzie, ci Francuzi".
Niemniej pojętni są rosyjscy
czynownicy, zwłaszcza gdy kie
ruje nimi "drut berliński". Prze
biegłe, prawdziwie bizantyńskie
było zachowanie się komitetu
ministrów. Głośno zapowiedział
on osobne narady nad "dojrzałe
mi potrzebami kraju nadwiślań
skiego", rozbudził tem nadzieje,
oczekiwania, aby potem sprawić
zupełny zawód. Z uchwały jego
wynika, że nie ma żadnych "doj
rzałych potrzeb", nic zmienić nie
trzeba; największą "koncesyą"
jest pozwolenie, aby w szkołach
prywatnych uczono po polsku, a
le tym szkołom nie przyznano
prawa publiczności, więc ucznio
wie ich nie będą mogli przecho
dzić na uniwersytety, ani korzy
stać z krótkiej służby pod karabi
nem, ani zajmować żadnych pań
stwowych urzędów, z tego zaś
wynika, że mało kto będzie ko
rzystał z możności uczenia się po
polsku, zaledwie tylko ci, którzy
dotychczas wyjeżdżali do szkół
galicyjskich; a, tak największa
"koncesya" komitetu ministrów
w gruncie rzetzy nie ma żadnej
dla społeczeństwa wartości.
I kiedyż-to ta# złośliwie zażar
! towano z Królestwa Polskiego?
Oto właśnie wtedy, gdy socyali
i ści, zwyczajni szydercy z uczuć
i patryotycznych, nagle poczęli po
pisywać się gorącą miłością oj
czyzny i w jej imieniu nawoły
wać ogół do rewolucyjnych wy
stąpień z powodu Igo maja, do
wielkich, tłumnych demonstracyj
przeciw rządowi, do protestów
przeciw uciskowi, który świeżo
zranił uczucia narodu. Nie można
wątpić o tem, że komitet rosyj
skich ministrów swym niegodzi
wym żartem poparł wysiłki so
cyalistów, a wolno przypuszczać,
że tego właśnie chciał, bo jeżeli
nie zamierzał uznać "dojrzałych
potrzeb" polskiej ludności i uczy
nić im zadość, to po co budził na
dzieje i po co je zawiódł jak raz
wtedy, gdy socyaliści rozwinęli
swą agitacyę?
Z dwóch stron podważono wiec
Królestwo Polskie, aby je wytrą
cić z równowagi i rzucić w wir
samobójczych hazardów. Czyno
wnicy i socyaliści podali sobie
ręce na naszą zgubę, a duch ber
liński—duch Beblów i duch haka
ty — unosi się nad nimi, błogo
sławiąc im. I ta spółka tak jest pe
wna, że teraz nareszcie dopnie
swego, iż niemieckie dzienniki
zawczasu jęły trąbić o konieczno
ści pogotowia. Kruki zwołują się
na żer.
Ale stałe polskie nieszczęście
może tym razem skruszy się o
naszą oględność. Wrogowie gr.i
ją w karty tak otwarte, że prze
cież nie może być, abyśmy me
widzieli, o co im chodzi — i nie
zdołali ze' swej strony sprawić ir.i
ciężkiego zawodu. Oby nad Wi
słą spotkał ich drugi Mukdenl
— o :
DZIENNIK CHICAG08K!
Jest Jedynym dziennikiem polskim w
Ameryce kttfry-podajfe codzieiml» swo<-;
jf cyrku iacyf.
UWAGL
Bez wielkiego rozgłosu obcho
dziła Polska 400ną rocznicę uro
dzin Mikołaja Reja z Nagłowic.
Zajmuje ona głównie ludzi wy
kształconych, zdających sobie
sprawę z piękności naszego ję
zyka, którym tak pięknie dzisiaj
włada cała plejada polskich pi
sarzy, poetów i uczonych, a któ
ry nie byłby dziś tak dźwięcznym
barwnym i wyrazistym, gdyby
nie ów szlachcic z Nagłowic,
który zauważywszy słusznie, że
"Polacy nie gęsi," karcił ich, na
uczał i uszlachetniał nie językiem
Virgiliusza i Cicerona, lecz języ
kiem tej pieśni, która była na li
stach bolesławowskich wojowni
ków, potykających się z ościen
nymi pogoniami, tym językiem,
którym później porywał ze ser
ca Jan z Czarnolesia, Piotr Skar
ga, Słowacki, Krasiński i Mickie
wicz.
*
Nie po temu czasy obecne, a
żeby rocznicę urodzin Mikołaja
Reja tak obchodzić, jakby sio
chciało. Nad naszą ojczyzną za
wisły ciężkie chmury. Rozdartą
jest na części, nękaną przez za
borców, wysługującą się obcym,
z których jedni prześcigają się z
drugimi pomysłami, jakby nas
wydziedziczyć z ziemi ojców, o
głupie i znikczemnić, wydrzeć
-nam wiarę, język i pamięć o tern
co było i jakby jeszcze być mo
gło. Tu pozłacana nędza, tam le
giony szlachty i wieśniaków, po
zbywających się ojcowizny na
rzecz prawnuków nikczemni
ków z pod Psiego Pola i Grun
waldu, a tam znowu tłumy głod
nych i głupich, na których na
wet kamieniem potępienia rzu
cać nie można, bo "rnie wiedzą,
co czynią". W takich warunkach
nie pora święcić pamięci poetów,
z okazyi przedwiekowego dnia
ich urodzin.
*
W innem położeniu jest Hisz
pania, która w dniu 7 maja świę
ciła 350tą rocznicę urodzenia po
ety Miguela Cervantesa, autora
"Don Ouichota". Zaproszono do
Madrytu przedstawicieli wszyst
kich narodów, rnie wyjmując A
merykanów. M. Lacierva, mini
ster oświaty, kierował uroczy
stością .Pochód alegoryczny u
rządzono .na ulicach Madrytu, a
corso kwiatowe odbywało się na
placu Recreo. Na scenie Wiel
kiej Opery ukoronowano uroczy
ście biust mistrza, a nazajutrz od
bywało się żałobne requiem za
dt::szę poety, a śpiewrał przytem
chór złożony z tysiąca chłopców.
Podczas nabożeństwa przemawiał
do narodu najsławniejszy hisz
pański kaznodziejta, a podobnie
obchodzono święto poety w ca
łym kraju, w każdem hiszpań
skiem mieście.
*
Cervantes nie był tak szczę
śliwy, jak zamożny szlach-cic z
Nagłowic, równy wojewodzie i
w otoczeniu wielkich dygnitarzy
pędzący wesołe życie. Cervan
tes był za życia ubogim i zapoz
nanym. Dzielił on los wielkich
poetów, których gwiazda zaczy
na świecić dopiero po ich śmier
ci. Podobnego losu zaznał w ży
ciu późniejszy poeta wielkiej
dzisiaj sławy — Fryderyk Szyler,
autor "Zbójców", "Maryi Stu
art" i trylogii "Wallenstein".
Donosiliśmy już o ttm, że prawie
go pochować nie było komu, kie
dy umarł przed stu laty we Węi
marze. Nie poznali się ówcześni
Niemcy na jego wielkości. Nie
imponował im tak bardzo jal:
nieco późniejszy Goethe. Ni*e po
siadał zresztą ani tej wiary, ani
cnót, ani takiego polotu myśli, a
ni takiego geniuszu, jak Cervan
tes. Był dzieckiem swego wieki.',
mało -dbał o religię, utwory jego
nie odznaczały się wytworności^
formy, a wielkie postacie histo
ryczne odtwarzał powierzchow
nie, mało ceniąc ścisłość prawdy
dziejowej. Jego <najlepszem dzie
łem są "Zbójcy," utwór fantazyi
wieku młodzieńczego, a jego nie
zaprzeczony talent rnie dorósł do
znaczenia prawdziwego geniu
szu, ponieważ śmierć przedwcze
sna przecięła pasmo dni jego ży
cia.
W literaturze niemieckiejnie
? sp^poczyna. Szyler żadnego nowe
go okresu, pomimo żc wypadki
we Francyi dawały mu ku temu
sposobność, pomimo to postano
wili dzisiejsi Niemcy, dumni ze
•swego powodzenia, a tak zaro
zumiali, że nietylko Kopernika
sobie przyswajają, lecz gotowi
są mawet zaliczyć do swoich
landsmanów Cervantesa, Dante
go lub Victora Hugo. W braku
tedy innych prawdziwych boha
terów stawiają chętnie pomniki
takich osobników jak stary Fryc,
mie można .przeto brać im za złe,
jeżeli chcąc się przypomnieć
światu, obchodzili wczoraj z
przesadną pompą setną rocznicę
śmierci swojego Szylera. Bądź co
bądź, Szyler ma uczczenie zasłu
guje i tem bardziej zastanawia
nas ta okoliczność, że w Chica
go, gdzie prawdziwą ozdobą par
ku Lincolna jest między innemi
pomnik Szykra, tak mało znala
zło się Niemców, którzy wczoraj
pospieszyli do parku, ażeby tam,
u stóp pomika swojego poety,
złożyć jego pamięci hołd należ
ny.
*
Znaleźli się tam zaledwie człon
kowie komitetu, urządzającego
uroczystość. Nie dopisali nato
miast członkowie połączonych
chórów śpiewackich i nie dopi
sała publiczność. Mówca Gauss
przemawiał do garstki tylko cie
kawych, a widz bezstronny zada
wał sobie pytanie, gdzie jeist wła
ściwie ów patryotyzm niemiecki
na amerykańskiej ziemi, tak mo
cno sławiony przez niemieckie
chicagoskie gazety i tak na po
zór uwydatniamy przez różne
"vereiny," zwłaszcza śpiewaków
i turnerów. Szyler zasłużył sobie
na lepszy obchód ze strony nie
mieckich krzykaczy.
*
Trzeba przecież przyznać
Niemcom, że umieją niekiedy od
dawać hołd prawdziwej zasłudze
i niezaprzeczonemu talentowi. Je
den z nich tak się odzywa o na
szej Helenie Modrzejewskiej,
która w tych dniach pożegnała
się ze sceną:
"Niezatartą w pamięci pozo
stanie mi na zawsze wycieczka
konna do wili The Forest of Ar
den, oddalonej 21 mil drogi od
Los Angeles, stanowiąca roman
tyczne domowe ognisko wielkiej
artystki w rolach tragicznych,
Heleny Modrzejewskiej. Otocze
nie \vrli stanowi raj prawdziwy,
a dom mieszkalny klejnot tego
raju. Matka Boska Częstochow
ska, patronka Polski, zdobiła po
kój do przyjmowania gości, a
przed jej obrazem paliła się lam
pka. Na biurku stał krzyż z kości
słoniowej i pieśni weberowskiego
"Goliata". Pani Modrzejewska
oddeklamowała kilka urywków z
tych pieśni, a następnie mówio
no o czasach, kiedy Sienkiewicz,
późniejszy autor "Quo Vadis",
bawił w Kalifornii, kiedy Modrze
jewska dostąpiła tego szczęścia,
że papież Leon XIII przyjął ją
na osobnej audyencyi. Dziecięce
przywiązanie do wiary ojców i
do Kościoła rzymsko katolickie
go przebijało z jej słów. Obecnie
Helena Modrzejewska opuszcza
scenę. Z jej ustąpieniem tracą de
ski teatralne, będące odbiciem
rzeczywistego życia, nietylko
wielki geniusz, lecz madto wiel
kie, szlachetne serce kobiece."
*
Jak bardzo różnią się te słowa
hołdu, oddanego przez Niemca
naszej Modrzejewskiej, od fam
far obchodowych na cześć Szy
lera, które pod jego pomnik w
Chicago nie zwabiły nikogo, o
prócz tych, którzy tam być mu
sieli. Znamy "Maryę Stuart" z
występów Modrzejewskiej na
scenie, znamy dreszcz zachwytu,
wywoływany przez naszą arty
stkę nad jej kreacyą typu królo
wej, kobiety - katoliczki i mę
czennicy. "Marya Stuart" jest
utworem Fryderyka Szylera i
chociażby tylko z tego względu
wypada nam rzucić kwiat wspo
mnienia na grób niemieckiego
poety, że wraz z Szekspirem dał
naszej Modrzejewskiej sposob
ność do wykazywania jej talen
tu na scenach nietylko polskich,
lecz i międzynarodowych.
o i
Najlepsze miejsce do kupowa
nia tapet, farb, olejów itp. jest u
KASPERA BUTKIEWICZA,
705 Noble ulica. Ceny bardzo
przystępna x
gdzie: wiośnie najle
piej?
Jakoś zaraz po Matce Boskiej
"Roztwornej" przyzwał Pan Je
zus wiosnę do Swego tronu i pe
<da:
—Dawnoś nie była-... Skocz
ma. ziemię między ludzi i obacz,
co się ta dzieje 1
Wiosenka aż pokraśniała z u
ciechy i bęc Panu Jezusowi do
nóżek. A Jezus Dobry jeszcze:
— Widzę, że masz szczerą o
chotę, więc wcźże z sobą na dro
gę, co ci potrza, żeby ci się za
niebem nie cniło. No, idź! a wra
caj niezadługo, bom i Ja ciekaw,
co ta słychać. Idź.
A Wiosna jeszcze do nóg Pań
skich się chyli i prosi:
— A jakby na ten przykład
bardzo mię gdzie chcieli?
— Ano — peda Pan Jezus li
tościwy — to se ostań i dłużej,
ale bacz, abyś źle nie wybrała i
przody się dobrze rozpytaj o
wszyćko.
Skłoniła się Wiosna do stopek
Chrystusowych i zaraz prysnęła
do siebie pod samo słońce łado
wać się drogi'. Nabrała w zajd
ki i promyków 2ftotych, i gwiaz
dek, i różnej zieleni, wzięła butlę
rosy rzeźwiącej, przepasała się
■tęczą i poszła....
Idzie i idzie....,
Jakoś jej się zrazu nie udaje.
Ws;|?dy chłodno, pusto, ni kwia
tka, ni trawki.
Ale idzie. Uszła tak szmat
świata, aż się zmachała. Patrzy
a tu przy drodze kamień wielki,
głaz.. Siadła sobie, dobywa z
zajdek słonecznych promyków,
dobywa zieleni, podaje kamienio
wi i peda:
—Naści 1
A kamień nici
Pokropiła go rosą perlistą, a
kamień nic.
Pogniewała się Wioswa: "Ta
kiśto!" i dalej w las pobliski, dę
bowy.
Zaraz zaczęły jej drzewa ga
łązkami nucić, ptaki ćwirkać.
Naszło różnego ziela..... papro
ci
Ucieszyła się Wiosna, że jej tu
tak radzi, dalej hukać po borze.
Huka.... huka...., ale co
huknie, to jej jeno własne słowa
wiatr echem przynosi.
Zrmarkociło jej się, posiedziała
jeszcze krzynę; w końcu zabrała
się i dalej przed siebie przez pola,
przez, zagony.
Idzie, przyśpiewuje, huka....
Nic! jeno czasem skowronek za
drze się pod niebem, abo żaby po
jeziorach zaśpiewają
Rzuciła już niejedną przygarść
runi, rozlała kilka półkwaterek
rosy — nic!
Zadumała się Wiosna, bo choć
ludzi spotka a spyta: co słychać?
to jedno w kółko:
— Ano bieda! —przednówek!
Nikt jej nieprosi, nie ugaszcza...
Zasmuciła się, ale idzie, aż do
szła na mazury pod Warszawą,
do wsi jednej, i...
Był ci w onej wsi parobek i
dziewucha; jemu było Janek a
jej Maryśka. Kochali się stra
sznie.
Właśnie stali wedle stoku przy
wierzbinie we dwój tylko.
On grał na ligawce pięknie, a
ona. niby słuchała, ale więcej na
niego zerkl zerk! Aż jej modie
oczy płonęły 1
Zda się Wiośnie spożreć, a u
nich serca otwarte, a w sercu ko
chanie!
Niewiele myślącv chlust do
środka!
Porwali siię Janek i Maryśka,
łap za piersi! chrząsnęfo... Klap
ka się zamknęła i Wiosna w ser
cach ostała-.
Pobrali się niezadługo i żyli
długie lata w miłości i sfcacunku, |
a, Wiosna z nimi. Mieli jej wszę
dzie pełno: i w piersiach, i na
ziemi, i dla siebie, i dla drugich.
Dobrze im było, a i Wiośnie
też.
Więc, choć w końcu pomarli,
wraca rok w rok na mazury, tu
po wsiach uśmiechnięta chodzi,
tu najdłużej ostaje i tu najpięk
niejsza.
Bo też i nigdzie lepiej nie znaj
dzie jak na mazurach — choć 1
,Wk>s\na!
Piaski tu i serca zajednakie —
szczerei
awwiwW i aćjflRft inifcii fraik. ...
,W ROSYI JEST BRAK Ga-..
NIUSZU.
Petersburska "Ruś" tak pocie
sza zawiedzionych w swych na
dziejach Polaków z pod moskie
wskiego zaboru:
Jeżeli porównamy stosunki ję
zyka polskiego w szkole pruskiej
z tern, co projektuje się dla niego
w naszej, to musi się dojść do
rezultatu przemawiającego na ko
rzyść stosunków pod panowaniem
rosyjskiem. Przy takiem poró
wnywaniu zważyć t-eż należy, że
komitet ma zamiar złagodzić tak
że i prawne ograniczenia, a wten
czas nabierze się jeszcze korzyst
niejszego wrażenia.
W takiem położeniu rzeczy by
łoby wszelako błędem, gdyby się
mniemało, że Polacy tak samo
się na to zapatrują i przejęci są
szczególną jaką wdzięcznością ica
doznane dobrodziejstwa.Gdyby te
same dobrodziejstwa spłynęły na
nich lat temu dziewięć, ośm albo
siedm, w epoce historycznego
odsłonięcia pomnika mickiewiczo
wskiego w Warszawie, kiedy to
bardzo znaczna część społeczeń
stwa polskiego gotowa była iść
ręka w rękę z umiarkowaną par
tyą ugodową ? skłonić rząd do u
stępstw na podstawie wzajemne
go porozumienia się, — rezultai
byłby dla jednej i drugiej strony
prawdopodobnie bardziej pomyśl
ny.
Nie wolno jednak zapominać,
że wtedy, zamiast urzeczywist
nienia świetnych nadziei, doznali
Polacy gorzkiego rozczarowania,
po którem nastał peryod systema
tycznego zaostrzenia się stosun
ków. Lekarstwo mogące osiągną.''
dobry skutek w początkach nie
domagania, nie skutkuje, skoro
choroba się rozwija.
Obecnie ogólne podnoszą się
głosy z strony polskiego społe
czeństwa, że "ugoda", to jest po
rozumienie się na podstawie u
miarkowanego "do ut des" nie
może przynieść pożądanych sku
tków, stosowna ku temu chwili
już minęła. Społeczeństwo pol
skie występuje tera.z już z peł
nym programem żądającym
wnoprawnienia z jednej strony,
a kulturno - narodowej z drugiej
strony.
Czy jednakże żądania te zna
leźć mogą oddźwięk w takiej in
stytucyi rządowej, jaką jest ko
mitet ministrów?
Prosimy Polaków, aby się nad
tem zastanowili. Jeżeli oni dokła
dnie rozbiorą to pytanie, to nie
wątpliwie dojdą do tego samego
co my zapatrywania.
Przekształcić Rosyę na funda
mencie wyznania wielkodusznej
zasady równouprawnienia i swo
body do kulturno - nairodowego
rozwoju, mógłby w naszem biu
rokratycznym ustroju tylko jaki
• wielki państwowy geniusz, r ó
wnający się co do śmiałości Pio
trowi I. A takich geniuszów 11
nas w komitecie ministró// w ia
den sposób dopatrzeć się nie 1.10
jjejTiy. . .
Jednakże geniusz taki wyjść
ino^e z łona narodu rosyjskiego,
bo g?niusz w nim nigdy nie za
miera), t;.'ko niekiedy leżał na
dole. .Skoło geniusz ten oswobo
dzi się, wtedy Polacy i inni ob
coplemienni współobywatele nasi
inoc.ą się zwrócić do nh£*> z naj
bardziej piekącemi potrzebami.
Wtenczas, mamy nadzieję, w
tem źródle mądrości narodowej,
oni z pewnością znajdą ukonten
towanie.
Życzymy z duszy, aby polskie
społeczeństwo okazało należyty
takt w celu wyjścia z tego poło
żenia, w które je kryzys szkolna
przed kilku niedzielami pogrąży
ła. Zdrowy zmysł powinien Pola*
kom wskazać, że w Rosyi nie ma
jeszcze takiego politycznego or
ganu, któryby był w możności
kwestyę tę w sposób dla nich i
dla państwa pomyślny ostatecz
nie rozwiązać.
Niechaj Polacy uzbroją się w
ceirpliwość i niech się zastosują
choć warunko do tego, co im da
ją rządowe organa, które więcej
dać nie potrafią.
Dr. W. S. Scbrayer.
zawiadamia swoich pacyentów,
że obecnie mieszka pod nr. 441
Noble ul., i jak dawniej tak 1 te
raz j-est gotowym do i*drielania
pomocy lekarskiej i dilrurgićz
cej, • ■ jr
• fW" -J"

xml | txt