OCR Interpretation


Dziennik Chicagoski. [volume] (Chicago [Ill.]) 1890-1971, June 21, 1905, Image 2

Image and text provided by University of Illinois at Urbana-Champaign Library, Urbana, IL

Persistent link: https://chroniclingamerica.loc.gov/lccn/sn83045747/1905-06-21/ed-1/seq-2/

What is OCR?


Thumbnail for 2

WMWmSSSgMSl
y'_|j ii J-:'*•<? | ? i
ŚPIąCB wojsko.
.* ..' ™
CPr zcdruk z pamiątkowego numeru
*• "Dziennika Mllwauckiego").
Już słońce zapadło po za Mnichówe
Góry, rzucając gruby zmrokowy cień
fla dziką dolinę Zamnichowską, mu.
skając ostatnimi płomieniami blasku
wierzchołki Nizkich Rysów i żabich
Wierchów tworzących zachodnią ścia
nę doliny Rybiego Potoku, któfej naj
niższe stoki zaląwają ziełonomodre fi
lc Morskiego Oka.
Hałaśne nawoływania baców, zmie*
saane z chóralnym bekiem kóz i bara
nów. rozległy się wyraźnie w czystej,
górskiej atmosferze, przeciągając się
tysiącznymi echami po tatrzańskich
nrturiskach, pełnych dla Obcego śmier
cionośnych przepaści.
Srebrny . dźwięk loretańskiego
drwonka na Kierciachu rozpływał się
r2ewnie wśród dzikich, wiecznie bia
łych stoków Mięguszewieckich, Cu
bryńskich i Koprowych, a nagromadzi
wszy serdeczne "Pozdrowienia Aniel
skie" hucułów, unosił się gdzieś hen
daleko, wysoko pod niebotyczne
szczyty, okadzony leśnym zapachem
żywicy i wonią podhalskich traw i żlół,
aby je złożyć u stóp tronu Bogarodzi
cy, Królowej nieba i ziemi.
Po krętej, nagle spadającej, gór
skiej drożynie, od strony Czarnej prze
łęczy, przełaniającej się do obszernej
doliny Ciemno Smereczyńskiej utyka
ło dwóch podróżnych, opierając się
co chwila na długich laskach, oku
tych w żelazne dzidy.
Jeden z nich .w średnim wieku o
zmęczonej i nad wiek zestarzałej twa.
rzy, na której czole zawisło jakieś za
kłopotanie, zdawał się pochodzić z ro
boczego ludu, któremu bieda na każ
dym kroku doskwiera. Opalony na
twarzy, pełnej już zmarszczek, w wy
płowiałym spencerku, którego różno
rodność łat nie pozwalały rozróżnić
plastycznego jego rodowodu, w wysza
rzałych lekkich, nieco po góralsku
przyciętych porczętach, obuty w gó
ralskie, aż do kolan sznurowane kerp
cie, trżymał w twardej szorstkiej od
pracy ręce szeroki filcowy kapelusz,
wokoło po wstążce białymi muszlami
udekorowany, — a wskazując laską w
stronę cyplu Kotelnicy, gawędził ży
wo z zajęciem.
Nie był to typ czystego górala, hu
cuła podhalsklego, o czem zmienny
dyalekt świadczył, lecz żo pochodził z
sąsiedztwa "bitych" górali, przemawiał
za tem jego strój, podobny krojem do
huculskiego, jakoteż owa nieśmiałość
i zakłopotanie, brak pewności świad
czył o teto, że strony te są mu nie
znane.
Drugi, pełen sił młodzieńczych o
pięknej, delikatnej, jakkolwiek od dłu
giej podróży zmęczonej, lecz intell.
gentnej twarzy, zdradzającej lekkie,
wypieszczone, swawolne, magnackie
życie, usiadł strudzony na piargu, a
rozpostarłszy malutką mapkę na ko
lanach. śledził, pojedyńcze punkciki i
wtórował za pierwszym.
Jego delikatne ręce, bogaty strój
turysty, zwieszająca się o złotej opra
wie lornetka i pięknie toczony, także
w złotej oprawie myśliwski róg kazał
się domyślać bogatego pochodzenia.
— A co Prokopie — zagadnął —
nie mówiłem ci, że nam dobrze radzo
no. trzeba nam było zamówić prze.wo
dnika, teraz jesteśmy jak w miecnu,
ale wy chłopy toście zawsze głodni na j
monetę. I cóż teraz poczniemy, noc
zapada, ja już na mapie mało co wi
dzę, a nie radbym nakręcić karku
gdzieś w przepaści nie wypada nic
innego jak tylko tu nocować, ale toby
ci był dyabli nocleg, bo się jakoś ma
na burze.
— Panicz sam Winien — odrsekł
Prokop — bo ja chciałem zamówić
przewodnika — ale panicz dufał w
swoją mapę, to teraz ma i cóż tam na
mapie stoi?
— Głupiś Prokop, mapa nic nie
powie, jeśli ja ci nie powiem.
— To niech panicz powie.
— Masz tu i czytaj sobie sam —
odburknął panicz z niecierpliwością
pańską rzucając mapkę pod nogi Pro
kopa.
— Ej. ja tam się nie znam na mapie,
bom ta długo, do szkoły nie chodził,
co mi ta z tenro!
— No to .widzisz oślev żeś głupi, a
chciałbyś panami rządzić, sejmów się
wam zachciewa, posłowania do Lwo
wa. piOro w rękę, a gnojem łapy i
śmierdzą, wy chamy myślicie, że
zbudujecie Polskę, a czytać nie umie- 1
cia — prawił panicz zrzucając z siebie
serdak i plaid i zabrał się do rozpako
wania walizki.
— Toć i wy panowie nie odbuduje
cie Polski bez nas, bo nasz pan nau
czyciel powiadał raz na zgromadzeniu,
że szlachta zaprzedała Polskę, a nie
było nikogo do obrony, aż Kościuszko
poruszył chłopów i byłby wygrzmocił
Moskali gdyby mu byli panowie .w
tem nie przeszkodzili, co hulali i wę
sili kiele Katarzyny, carycy, kiejby
psy kielei naszej Burej, — najwięcej
to ten niedołęga Poniatowski co miał
krajem królować, to się Katarzynie
zalecał.
— Zamknij pysk, mądralu, rozu
miesz sfę na tych sprawach tyle. co
wieprz na dyamentach — krzyknął z
gniewem panicz, gdy .w tem zakwilił
od strony Kierciacha srebrny jton lorę.
taftskiego dżwonka.
Prokop miasto odpowiedzi — spoj
naJ v strong KierciaCha, z której .
.i- J-t' " **•"■' w*^- *
fcap&i m*
statnich promieniach słpnecBfifclł Kfl
tle ciemno - iłelatięgo bórti fiłilutki
sylwetka, "mniszej fcapfci&ktft V któ
rej co .w^eCzóir wydzwaniał "Anki
Pański" jeden z juhasów Walego Ko
ja, bacy nad świstowym klerdelófii.
Rzucił kapelusz pod nogi, ukląkł obok,
przażegnał się f począł odmawiać szep
tem —
— "Anioł Pański zwiastował PanłUe
Maryi i poczęła z Ducha św". — pod
czas gdy panicz zaś rozpakowywał
. walizkę, świstając sobie coś pod ńp
sem a la paryskiej operetki, tupiąc no
gą w takt o twardy granit.
Pfokop wyszeptał cicho modlitwę,'a
śFebrny dźwięk dzwonka loretańskie
go, okadzony wonią kosówek, szaro
tek, górskich gwoździków, złotogłów
zapachem storczyków i rzadkich już
limbów i cisó.w zabrał i jego "Pozdro
wienie" pod niebiosa przed tron Ma
ryi. Po skończonej modlitwie wstały
• popatrzy! smutna na panicza, mówijjc
z jakimś żalem:
I — Paniczu, czy u was się nigdy nie
modlą?
— A tobie dyabli znów do tego? oto
skąd takie aroganckie, łmpertynen
ckie pytanie u chłopa? — odrzekł obu.
rzony — hm, modlić się — mru
czał ciszej, jakby się chciał głębiej
nad tem zastanowić — modlić się...?
Modlitwa to dla mnichów i takich
głupców jak ty, Prokopie! — To tylko
chłopy i baby wiejskie się modlą, cho
dzą po kościołach, całują parochów w
łapy a — dziewki zaś waszych wika
rych aby im się przypodobać, — ale
panowiei i oświecona sfera już dziś
w zabobony nie wierzą, mając rozum
W głowie, słyszałeś Prokopie!
— Pewnieć, paniczu, ale nie wieie
tego rozumiem, bo taki biskup, ojciec
święty, toć że nie chłopy — jetno też
.wielcy panowie i też mają. rozum, a
każą się modlić, — a Pan Jezus to
już chyba największy pan z najwię
kszym rozumem, a modlił się w Ogrój
cu i na krzyżu.
— A słyszałeś Go ty, modlącego się?
hę? że tak śmiało o nim mówisz?
— A panicz widział japońskiego ml
kada. albo Togo, a tak panicz kiedyś
tu kłócił się o wojnie.
— To co innego — bo cały świat 1
wszystkie gazety o nich piszą — od
burknął panicz niecierpliwie.
—■- Ja też Pana Jezusa nie widzia
łem, ale cały Kościół katolicki nawet
lutrzy o Nim mówią i książki piszą.
— Eee — głupiś! Co tam tobie ga
dać o filozofii — Darwinie, Wolterze,
socyaliźmie, astronomii 1 geometry!.
Kiedy wy chłopy jak baranie rogi, to
,w co wy wierzycie, to dziś nauka wszy
stko wytłómaczyła.
— Ja — pewniej! — przerwał Pro
kop — jeno o tem jeszeże wam nau
ka nic nie pedziała co było najpierw,
kura, czy jajko? he?
— Przestań już ty capi filozofie, za
pukaj mordę oszczepkiem, a nie wy
jeżdżaj z twoimi dysputami — Ja cl
raz powiedziałem, że wy chłopy do
gnoju „ cepów, słuchania — no i jeśli
chcesz — do modlitwy — a my pano. j
wie ze szpicrutą w ręce rządzić i wam
rozkazywać — zaakcentował panicz
dobitnie i pociągnął z flaszki parzę- 1
biaka na zaostrzenie apetytu.
Już się zmierzchło dobrze nad ho
ryzontem ukazał się pastuch miliar
da gwiazdek coraz liczniej wyzierają,
cych z podwoi niebieskich. Nie długo
trwała ta cicha, spokojna, górska
chwila tak majestatycznie zaciągają
cego się wieczora, bo równocześnie z
zapadającą się za góry Mnichowskie,
czerwonawą zorzą .wytoczyły się na
koprowskim horyzoncie baterye od za
chodniej zorzy czarnorudy chmur, hu
cząc w sobie zaopwledź potężnej bu
rzy. ;
— Prokop spojrzał na panicza i za
pytał z cicha — panie., będzie burza,
ćo zrobimy? — panicz rozkazuje,
chłop słucha.
— Panicz przygryzł złośliwie wargi
z ostatnim spożytym kaskiem kiełba*
sy i odrzekł — spoglądając również
.w stronę nadciągającej burzy.
— Bodaj dyabll wzięli taką wycie
czkę. trzeba się napoić, nadyszyć jak
masarski pies, — musimy zapewne
teraz tym zakrętem aż do Sciegnicy,.
zdaje mi się. że tu dość wygodny
przewód a potem skręcimy ku Mie
dzianym, tam gdzieś musi być schro
nisko dla turystów, a gdybyśmy nie
zdążyli to może napotkamy na szała
sie, bacy, Wartęgi.
"W powietrzu zagrzmiało daleko nad
Basztami, Prokop się przeżegnał, mór
wiąc — niech panicz nie blużni teraz
w złą przygodę, bo Pan Bóg mocniej
szy od biesa.
— Znowu mi z twoją teologią
chłopską — krzyknął niezadowolony
panicz, — marsz naprzód! — uderzając
laską po skale dla odwagi.
Nad nim! u szczytu Czarnej przele
ciał z urywanym podhalskim wi
chrem przeciągły gwizd świstaka, po
nad szczytami krążyły zaś coraz wię..
cej ścieśnianem kołem wystraszone
burzą orły.
Podróżni zeszli ku dołu o jakie trzy^
sta stóp niżej przełęczą Bukową. W
dolinie było jesrcze ciemniej od czar
nego wieńca ciemnozielonych borów.
Burza postępowała z nadzwyczajną
szybkością, w pół godziny zaciągnęła
już połowę firmamentu chmurową ba
^ i
teryą.
— Ponury, głęboki huk grzmotów,
tłukł się z trzaskiem po turniejach,
żlebach, wtłaczając się z pomnożoaem
echem na hale, regle — przełęcze, do
liny, gubiące się hen w przepaściach
1 Jttrach wśród dzikich skał, pftzed
| światowy Lucyp^f, stracony >. Boską
potęgą. Góry zda.wały się drzeć, w
swych posadach. Zielony, biały karma*
zynowo - fioletowy blask sucho trza
skających błyskawic rozświetlał co
raz częściej i gęścieg dzikie ustronia
skał, olbrzymie bary gór, jęczące
i chwiejnie lasy i szumiące pod noga
mi już wezbrane potoki z ich przepa
dlistymi jarami.
Prokop żegnał się za każdą bły
skawicą, po.wtarzając raz po raz z xl
darzeniem się w piersi "A Słowo sta
ło się Ciałem i mieszkało między na
j mi".
j Panicz zdążał za nim ponury w mil.
i czcniu. Na szczęście ścieżyna pro\*'a
! dziła teraz lekko z zakosów, przesu
wając się równoległym lasem. Weszli
.w dziedzinę liściastych borów, boga
tych w olbrzymie stuletnie buki i dę
by, których sploty potężnych korzeni
dzierżyły posady Liptowskich Murów.
Księżyc z gwiazdami pierzchnął
gdzieś przed potęgą, elementów. W
dolinie Hlińskiej chlupotała już ze
strasznym szumem ulewa.
— Paniczu, na Boga! — co pocznie
my teraz? — przerwał to straszne
milczonie Prokop. Czy to koniec świa
ta, czy co? oj kara Boża Kara
Boża....! usiądźmy gdzie pod drze
wem, bo już nic a nic nie widzę.
Pioruny uderzają w drzewa, to nie
bezpiecznie — odsapał panicz ze stra
chem już chyba ratunku dla nas nie
ma, — a bodajże to — lecz tu urwał,
gdyż znów niedaleko zatrząsł piorun
lasem.
— Paniczu! tam skały, jakaś pie
czara — krzyknął Prokop, — widzia
łem ją, jak błysnęło, — górale powia
dają, że takie schroniska najlepsze
podczas burzy, — śpieszmy tam, bo
i inż deszcz nad nami.
— Gdzie? w której stronie? — pro
wadź! — przerwał nerwowo panicz.—
Znów zabłysło i piorun uderzył gdzieś
w skałę. — Tam, tam! — widział pa
nicz? — nalegał Prokop i podążyli ku
niedalekim skałom. Zaledwie zdążyli
pod ogromną, zwieszającą się nad ni.
mi skałę tworzącą niejako okapawy
dach nad wejściem do groty, wciska
jąc się ostrożnie, w oświetlony bły
skawicami otwór, gdy w tem zadrżała
góra od strasznego grzmotu z pioru
nem i cała zwieszająca się nad pie
czarę. skała oberwała się z łoskotem
zamykając podróżnym wyjście z gro
ty.
— Matko Niebieskiego Pana! —
.wyrwało się Prokopowi, strzcpującer
mu z kapelusza drobne kawałki pokru
szonej skały, co się to stało paniczu?
— Okropność! Prokopie, okropność!
jesteśmy żywcem zagrzebani —krzy
knął panicz — nic nie widzę, a prze
cież się musi błyskać, bo słychać j
grzmot, skała się oberwała nad nami.
— Okropność, Prokopie! — módl się
na wszystkie świętości, och Przebóg!
— ja oszaleję! — ja sobie łeb rozbl- i
ję. o te przdklęte skały, to chyba już
piekło tutaj! Och moja Helenko naj
droższa. moje ty skarby! — chyba nie
przeczuwasz, gdzie twój Zdzisław i to
ja tu muszę umierać, żywcem, — to
strasznei! to okropne!
— Gdzieżeś ty Prokopie! — bo ja
nic a nic nie widzę, — ja chyba zwa
ryuję!
— Niech panicz uklęknie — ode
zwał się z rezygnacyą Prokop, — 'tu
nam jeno jeden Bóg i Najświętsza Pa
nienka mogą pomódz. Tu — tu — je
stem — oddamy się w opiekę Matki
Boskiej. Ona nas .wyratuje, niech pa.
nicz uklęknie i modli się jak umie*, a
niech nie wrzeszczy za Helenką, Mat
ka Boska pierwsza. — Pod Twoją o
bronę uciekamy się święta Boża Ro
dzicielko! — a to uparty cap z pani
cza — po Pana Boga! — niechżeż pa
nicz uklęknie — ciągnął Prokop za
rękaw, — naszymi prośbami nie racz
gardzić w potrzebach naszych, ale od
Wszelakich złych przygód —
— Acn to osropne Jt-roiiopie, jaK
tam strasznie huczy na dworze —
— po.wledz pan raczej na świecie,—
bośmy przecie nie w chałupie a uklę
knijcie paniczu, bo nas Matka Boska
nie wysłucha — racz nas zawsze wy
bawić, Panno chwalebna i błogosła
wiona!
— o moja Helenko najdroższa, czy
ja cię już mam na zawsze pożegnać?
— a cicliajźe paniczu, z tą Helenką
— patrzcie go. — ja tu mam na myśli
Najświętszą Pannę, a panicz se pe
wnie myśli, że pannę Helenę.
— o Pani! o Pani o Pani nasza! O
rędowniczko nasza! — Pośrod
— żegnaj mi ma najdroższa, już
więcej nie zobaczysz twego Zdzisława
— rozpaczał panici.
— a czy panicza bies opętał czy co?
— bo jak zawalę pięścią — Pośredni
czko nasza, Matko i Opiekunko nasza!
— modlił się Prokop rozżalony na bez
bożność panicza, który pod naciskiem
silnej jetgo ręki ugiął kolana, ukląkł i
szeptał coś ze strachu.
Na świecie huczało jak na polu
strasznej walki.
— Niema panicz patyczkó.w? — za
gadnął Prokop już ochłonięty z prze
strachu, ożywiony modlitwą, — bo
może zwilgły.
— Ach! prawda! nie myślałem o
tem, wszak my mamy latarkę i po
chodnie we walizce, tam będą także i
zapałki, bo moje też zwigły.
— Już mam latarkę! — o! — 1 za.
pałki — odrzekł Prokop.
Trzask zapałki ożywił ponurą chwi
lę i wnet blask latarki oświecił wnę
trze groty, jaketeż przekonał podró
żnych, że są istotnie zawaleni odła
mem skały, o którego odwaleniu nie'
mogło ani ttyśii.
——— m ■wrmjijjiM
J PlfeCzara była niewielka, wnętrze jej
ciągnęło się krętym kurytarzem, co
raz więcej zwolna upadającym.
— Ja daloj nie idę, — wrzasnął
panicz, — to chyba wejście do piekła,
tu niema dla nas ratunku.
— Ej paniczu, mnie się zdaje, że
tu musi być jakieś inne wyjście, bo
czuć przaoiąg — a nie duszno, chodź
my dalej — odrzekł Prokop z jakimś
promykiem nadziei i postęplł z latar
ką naprzód. ,
— To szczęście, paniczu, od Boga,
że ta grapa nie k.dła na nasze karki,
bo byśmy ani dychli. — Chodźcie, pa
niczu za mną.
Nie uszli sto kroków krętym gan
kiem pieczary, gdy nagle przed ich
oczyma z poza zakrętu wyrosło zo
skały straszne, dziwne widmo.
Prokop, który pierwszy zoczył du
cha, krzyknął strasznie i przystanął
jak wkopany w skałę, puszczając la
tarkę na ziemię.
— Jezus Marya! — Wszelki duch
Pana Boga chwali!
Paniczowi pomarł głos na ustach,
włosy mu się zjeżyły, aż mu kape
lusz upadł, w kolanach nogi się ugię
ły, a straszne przerażenie odmalowało
się na wybladlej t.warzy. Wszystkiego
mogli się spodziewać, ale takiego wi
doku, tu wśród tej strasznej nocy w
grobowej pieczarze, to chyba nigdy,
przenigdy.
Tak onicimiali i przerażeni spogląda
li przed siebie nieruchomi, nie wie.
dząc, co się z nimi dziejcl — przed
nimi bowiem stała smukła, wysoka
postać, chuda jak szkielet, obciągnię
ty w żółtawą skórę, kryty starym,
wyszarzałym, zakonnym habitem, pod
ciągniętym przez biodra skórzanym
pasem, za którym tkwił drewniany
krzyż. Twarz dziwnie uroczo i stra
sznie poważna, jakby trupa wstające
go z grobu na sąd pański., była poora
na licznymi zmarszczkami. Długa po
pas, siwa broda okrywała całe popier
sie, a łyse czoło o kolorze starego
zżółkłego marmuru, okrywało trochę
malutka czapeczka, z pod której z ty
łu spadały niedbale aż na ramiona dłu
gie zwoje siwych Jak broda włosów.
W ręce trzymał tęgi kostur, a głęboko
wpadłymi. tem straszliwiej przenika
jącymi, ruchowymi oczyma mierzył i
przykuwał do ziemi na śmierć przera
żonych, którzy ni© mogli sobie wytłu
maczyć czy to żywa istota, lub też
karpacki duch, o którym tyle legend
snuje się między góralami.
Dopiero odpowiedź na przeraźliwy
krzyk Prokopa "I ja Go też chwalę" —
zaczęło po.woli przyprowadzać prze
straszonych do przytomności, przeko
nywując ich że mają przed sobą jakie
goś średniowiecznego mnicha czy po
kutnika.
—Kogo mi tu Pan Bóg wprowadził
w moje przybytki — co to za śmiertel.
nicy włóczą się po podziemiach, aby
wydrzeć moje tajemnice — zagadnął
pierwszy surowo.
— Nieszczęście, pustelniku, czy
mnichu, bo nie wiem jak was nazy
wać, czy wyście żywy, czy umarły? —
zapytał już nieco śmielej, lecz jeszcze
wystraszony Prokop.
— Aha! już chcesz wydzierać tajem
nice, już chcesz się wywiadywać! —
nie tobie wiedzieć, kto ja jestem,
wiedz tylko tyle, że jestem stróżem
tajemnic bożych, o którym wam na
ziemi jeszcze nie wolno wiedzieć!
— Nie pragniemy wam staruszku
wydzierać tajemnice, byliśmy w gó
rach z tym oto paniczym, zaskoczyła
nas burza i tuśmy się schronili, ale
nieszczęście nas tu spotkało, bo się
wefjście za nami zawaliło, szukamy
innego wyjścia — ratujcie nas staru
szku! — prosił Prokop, składając rę
ce jakby do modlitwy.
Mnich patrzył długo na nich przeni
kliwym wzrokiem, Jakby chciał zba
dać prawdę rzeczonych słów, wresz
cie rzekł:
— Karęby miał przypłacić ten, kto
by się wdzierał .w boskie tajemnice,
których stróżem Opatrzność i Miło
sierdzie mnie uczyniło, — ale widzę
prawdę waszych słów 1 czuję, że taż
sama Opatrzność kierowała waszymi
krokami, widzę, ze Miłosierdzie Boże
wysłuchało czystkę waszych modłów i
pragnie, abyście choć odrobinę z tych
tajemnic wynieśli światu, waszym
braciom, waszej nieszczęśliwej Ojczy
źniet która jęczy pod zaborami roz
szarpana, okuta w kajdany niewoli.
Zapewne Wszechmogący chce oży
.wić wasze nadzieje podsycić zarzewie
otuchy i odwagi do dalszej pracy I
walki, chce podnieść upadającego du
cha, odsłaniając wam pierwsza kurty
nę waszej przyszłości.
— Nie bój się Prokopie, ani ty Zdzi.
sławie, jam żyw jak i wy, nie obce mi
wasze twarze jam wasz brat I rodak,
lecz nie pytajcie nigdy ó moje imię,
bo je żadnemu z żyjących nie wolno
odkrywać, aż się skończy czas mojej
pokuty za wielkie moje grzechy prze
ciw naszej Ojczyźnie. — A teraz za
mną. lecz bez latarki, — mówiąc to,
wskazał kosturem przed siebie żywo
z gestem komenderującego dowódcy I
poprowadził osłupiałego Prokopa ze
Zdzisławom wśród ciemności.
(Ciąg dalszy nastąpi).
o
Ojciec I eyn.
Ojciec. — Pamiętaj, synu, że każdy
i człowiek powinien przez życie przejść
i czystym. Więc i ty staraj się zawsze
1 unikać wszystkiego, co Jest zabruka
' ne; niech ręka twoja ńlgdy nie dot
knie sprawy, czy rzeczy brudnej
Syn: — A Jeżeli tą. rzeczą będzie
doiar, ojcze?
i - .O.C ■< K.Sjpi 1
EGZAMINACH. PORADA I PRÓBNA KUSACYA DARMO.
RRONCHIT1S, SUCHOTY I ASTMA WYLECZONE
STARĆ TEORYE ROZBITE.' ?v
NIE .BYŁO * RACYONAŁNEGl* NAUKOW«OÓ
ŚRODKA LEKARSKI KOO NA ÓtlOKOBY *ŁCO
aż dopiero I)r. J(och wynalazł swój przedziwny Ap*
rat Inhalacyjny, dujący się zastosować zarówno w ua>
blnecle doktora jak l w domu racyenta. który rozdzl**
la Płyn do Wziewahla na miliony kuleczek na cal ku.
blc/ny, umożliwiając tym sposobem pacyeutowl wcl^
(tanie antlaeptycznycb leczących olei wproat do pluc.
W7.IEWANIE SŁAWNEJ TUBEKKULINY PRO
FESORA KOCHA ULECZYŁO B KONCH ITIB.SU*
CUOTY 1 KATAR W TYSIĄCACH WYPADKÓW.
DRA KOCHA SOWA METODA WZIEWANIAcak
Łowicie pokonuje ujemną stronę starej metody
wstrzykiwania, ponieważ bezpośrednio dosięga cho
rych pluc. I„ekar»two urzyjmowane do żołądka luk
zastrzjkiwane w tkanki nie czyni tego. Zmiana kit
matu już także nie bywa zalecaną przez lekarzy. al>
bowiem "Kuiacya tia Świerżem Powietrzu" w Wa«
szyin własnym domu lub w Waszej okolicy jest naj
lepsza ku racy a Weil połączona jest z Zarortkobójcz*
ml Wziewaml Dra Kocha. 7.a pomocą tejże metody
środki uutlseptyczne 1 leczące dochodzą w bezpośre
dnia (styczność z choremi płucami 1 wskutel* ;eso nt
s/.czą zarodki 1 usuwają przyczyną choroby. Dzie.
wiąć z każdych dzlesiąciu wypadków Suchot w Dier.
Btupuiu njiciŁuu/wu Lt| uiciuu^, a Biruw z luzaycn azieiiąoiu w a rugi m stopnia,
K« racy a ta jest Jedyną która wyleczy Zadawnione Choroby.
poty nocne, pluclo krwią, zapłonloua twarz, gorąćzkowość, utrata na wadzei w elłAofc,
NIE ZWLEKAJCIE
z przekonaniem sią zaraz o istotnym ptanie Waszym. Kiedy może przysłowie "Jeden sztych terai! »
pzi ztjdzi dziewięć później", nie było tak trafnem Juk względem wypadków tego rodzaju, £iiv* pewnenj
jest. że zaniedbany katar skończy się tjłąboko zakorzenioną chorobą płuc, Jeiell nie bedzie wylecf.o
nvm. Z;łi>icie się dzisiaj albo piszcie no naezą illustrowaną książeczką. Posilamy wam kwesty*
narvusz i zbadamy Wasże plwociny bezpłatnie.
THE KOCH INHALATIONS — 70 Dearborn ul., róg Randolph ul.
Apnrtnmont fl-ty. WrfmIJole elenntor.
GODZINY OFIBOWE: Dd 6-tej wieczorem codziennie, a w Poniedziałki, środy 1 Piątki do 8-mc*l.
W Niedzielą od 10-tej do 3-ciej.
INDUSTRIAL
SAMGS BANK,
652 BLUE ISLAND AYENUE.
Zułoźony ISOO r.
Płaci 3 procent od pienię
dzy w banku złożonych.
Mnjątck wy
nosi przeszło
$500,000
Otwarto w Sobotę wieczorom
aż do godziny Smoj.
Składajcie swo oszczędności
u nas.
U/unfńufmm s-n«pi- 1
wypozyczam 1
Jeżeli chcecie pieniędzy 1 przyjaciela, przyjdźcie 1
do mnie, wypożyczam własne swoje pieniądze na !
meble, fortepian, konie i wozy, beż zabrani* ta- '
kowych z waszych rąk. Dam gwarancyą, leżeli i
chcecie, że wasze meble nie b«jaą R-łbrane z aortiu, |
gdyż ja wypożyczam pieniądze, aby odbierać pro
cent, a nie ażeby nabierać sprzęty. Dlatego ule I
potrzebujecie obawiać się o wasze meble i t. n. i
Moją specyalnoicią j»st wypożyczanie od $20 do
$200 i mogą ie wam dać tego samego dnia. w kti\
rtm je zażądacie. Możecie wypłacać na łatwe wy.
piaty albo też tylko procent a suma może stać tak
aługo jak wam sią bedzie podobało. Jeżeli teraz
potrzebujecie pieniędzy, to ja wam jo pożyczę,, -
albo tieżelibvście chcieli zapłacić colcie winni, to
przyjdźcie do mnie i rozmówcie slt> ze mną. a
przekonacie się, że ze mn» łatwy jest interes do
Ułatwienia. A pRENCH, 95 Dearboro St
Pok5J U. J. KOtMLSKl, Polaki Klerk.
1'oski zakład daje I
najlepszą gwaran- i
cyą dobrego i |
trwałego wykoó- 1
czeDia prac artystycznie bo ma 17 Jat
praktyki w tym interesie. Najnowszy
btyi we wszelkich wyborach teraz za
stosowany. Dicie obszerne galcrye te
jednym domu z dostatnią obsługą od
różniają na?z interes od icszystkich in
nych zakiadótt, prędkiera fotografowa
niem w natłoku dni świątecznych i we
selnych. Ceny 1
dodatki są to sa
me co w innych
małych zakła
dach.
FOTOGRAFIE!
NIKLAS&C0„
589 Milwaukee Av.
Używajcie
METAL
POLISO
do czyszczenia niklowych części
waszego pieca i uchronienia go od
rdzy. Butelka kosztuje tylko 5c.
Na «przedafc we wszystkich gro
serniach 1 składach telaztwa.
AYLING BROS. chicago.
Dr. T. Drozdowicz,
LEKARZ i CHIRURG.
mieszkania: 230 ATI Centn? Lf%
Godziny ofiaowa:
04 O do 12 rano 1 od fl do 8:80 wieczora*.
Specjalista nu choroby skórne, wcb*
rjczne I moczo-pfo.ow*.
Dr.Chas. P. Gieraltowski,
LEKARZ I CHIRURG.
3156 S. Morgan ul., róg 32giej ul.
Telefon 8S5 Tania. ( HIC AGO.
nnn?Tvv- i Od 12 do lifO po południu.
ouuzim. } 0d 6:30 do 7:80 wieczorem.
Johw A. Onu, Prezydent,
THroDons Okhne, Wice-prez. 1 kaayer,
Juliub B. Schiller, Sekretarz.
CONRAD SE1PP,
BROWAR
27 Ulica i Cottngro Grore At^.
TELEFON SOUTH 350. CHICAGO.
Hrma miniona w roko 187S.
AUG. BURKĘ, P0Sa
Obejrzy dach darmo i powie ile fcoezt wnć
bądilo r»-peracya. — Muteryaly na dach.
Cfis i skład: 100-104 W. SnjłcrlorSt.
Telefon lenrne SOS. bli/.ko Halsted, Ch:cago.
DZIENNIK CHICAGOSK1 ,i7jj
ątąl.e wychwjrl o 8-mlu stronicach. |
1
Milwaukee Ave.
Stałe Bank,
Milwaukee Ave. i Carpontcr ol.
Płaci procent kwartał
nie ua oszczędnościach
1 doEtiircza bezpie
czno ulokowania dla
ludzi rozporządzaj
eych małymi kapitu
łami.
Potyczki na własność! realną aa nizkl
Srocent i bez komisowego.
;a8z powiękflźony skarbiec ochronny
(Słifety DepoPit Vaults) stanowi doda
tkową wy^odłj dla nuszoj klienteli.
Hiink otwarty od
fHoj rano do hm oj
wlrrKor«»m w l'o
nMzlntkl.
linnkotwarty od
flrcj rnno do I2t«'j
w Noboty.
IJ»nk otwarty od
Pti-j runo do
po noludnlu w t»i
n* ani.
SUnrblrc otwar
ty c-J !>tH rano (to
Siniej wW/urrm
w Poninl/Ułkl.
Wtorki, (,'/.wartki
i Soboty,
Sknrl.i"'c otwar
ty • «! HtcJ inno do
•Sj wiiH/.oreiii w
Środy S 1'łątkł.
K. B. CZARNECKI,
ADWOKAT
Pokoje 1C10—12—Ił, Schiller Dulldlnf,
100 llaadolpii St.. tli cupo.
fI Central CJH.
Telefony. J Autouiatic 6202.
Mieszkanie: 601) X. AMiLA.ND ATK.
N. L. PIOTROWSKI
ADWOKAT,
Ashland Błock
WAD BANKIEM- POKrt/tOT.
——— Telefon Cotnl 108.
Mieszkanie, 743 DICKSON UUCA.
F. W. K0RALE5KI,
ADWOKAT
Praktykuje we wszystkich sądach.
Atwood Bidę.
Ciarki Madison ul.
Pokoje 001-903.
Telefon Maln 8068.
Mieszkanie:
730 MihTaakee At*
Tel. Halsted 1810.
Stan. S. Walkowiak, Adwokat.
Ofia: 801 Atnood Dldf., róg Clark 1 Uudiaoo.
MkBiktnle: t6i B. Ctrpentef al.
Telefon w ofiele Telefon w dom*
Maia 1056. Mouroe 1144.
Praktykuje we wacyttklch (adach. Ofiaruje
iwe uełuęi w eprawaoh o odtzkodowtnlo prze
ciw kompaniom.
J. F. ŚMIETANKA,
Adwokat,
połączony z noj
lepszcml •lhtmi
amerykańilcleml.
120 E. Rnndolph St. i»te rlętro,
Telefon Aaln 3070.
Wloczorem: 9208 Commercial Ave
Telefon South Chicago 148 Bibo ŁŚ05S.
Dr. I. J. Krzemiński
LEKARZ i CHIRURG.
Ofis i mieszkanie: 627 Milwaukee At.
GODZINY: Od 8-12 runo. Od 2-6 po poł.
i po 7-mej wieczorem.
- TKLHFON MOSfKOK 2480. -
TEL. MON ROB 24S0.
A. KONOWSKA, Akuszerka
627 Milwaukee A?eooe.
U WAGA I Jestem napowrót t
Iowa.
DR. F. H. BOOTH,
281 W. NORTII AYESUE.
Telefon rionroe 605.
Godziny oflsowe: rano do godziny 0:30, po
południu od 12—1 1 5—7.
DR. W. S. SCHRAYER,
Polski Lekarz i Chirurg.
441 Noble St. Tel Monroe 1554.
Specjalista we wszystkich chorobach met
cr.y/.n, kobiet 1 d/.lecl. Jeżeli was Inni nla ule
cą uf/yjdfccł" do tnnio. — Godziny i-flsowe:
do 0 rnno, od 1—0 wlec/. Proazą dobr/.a r.an
ważyć ar. domu i przyjtt wpruat do oflau.
DZIENNIK CHICAOÓSKI
Jeet jedynym dziennikiem poltkhn w
Ameryce który podaj# codiienni#
w

xml | txt