OCR Interpretation


Dziennik Chicagoski. [volume] (Chicago [Ill.]) 1890-1971, July 21, 1915, Image 6

Image and text provided by University of Illinois at Urbana-Champaign Library, Urbana, IL

Persistent link: https://chroniclingamerica.loc.gov/lccn/sn83045747/1915-07-21/ed-1/seq-6/

What is OCR?


Thumbnail for 6

Okropna wojna europej
ska odbywa się na Zie
miach Polskich.
Piękna duża Mapa Polski na
której są wszystkie nazwiska miast,
powiatów, itd., drukowana na naj
lepszym papierze we wielu kolo
rach, można teraz otrzymać za ku
pon drukowany poniżej i 10 cen
tów (pocztą 20 ceNtów).
Γ35?
Wytnijcie ten KUPON
Kto przyniesie 10c (albo przyśle 20c) i ten kupon o
trzyma jedną dużą, śliczną, kolorową
MAPĘ POLSKI
Tylko w biurze
W
DZIENNIKA CHICAGOSKIEGO, i
u 1457 W. Division ul., Chicago, 111.
.... . m » ■ μ ir :
!- ρ—
•r-a
i r
Ί
Λ
KROTKA tilSTORYfl NATURALNA
Z RYCINAMI
Napisał Proieaor Ignacy Macbnikowskl.
SF»IS RZECZY:
ZOOLOOIA. Wstęp. PtakL Pła
zy i skrze*L Ryby. Owady.
BOTANIKA. Rośliny bezliścienne.
Rośliny jednoliścienne. Rośliny dwu*
l·ścienne, Rośliny jedno płatkowe.
Rośliny wielopiatkowe. Dodatek do
Botaniki.
MINERALOGIA. Metaloidv. Me
tale lekkie. Krzemiany. Metale cięż
kie. Związki organiczne.
StiMic 213. Oprawa nocą*. Drak wjrtinj.
CENA 35o
Do uabycia w biurze
Dziennika Chicagoskiego,
1457 W. Division ulica. CHICAGO. ILLINOIS.
τ; -g«a
Zawiera 3°, 00· wyrazów, 256 «tronie s objaśnie
niami do wjmomj każdeg· aafieiakiego wyraża.
Kafąiecaka Jftt rwakn t% oała prM Bfg cala, oprawna
v delikatną skórk% a wjùfSomomjm polskim orłem I atotvm
oapiwm. Jeett· ctoułket oaraoewaa· prsea fachowca, iia
końcu katąlecakl anajdoją ń% roamûwkJ aajcz^iaj «igr·
wanych ζά*ά w poiocanej naowi·.
Lepszy od słownika Ghodźld ΖΖΓΖΖΤΰί
wyrazów, co I «fowmik Ckodikl, al· Upesy jeat od tero sło
wnika ten, te daj· właściwe 1 poprawne tłómacseole wy·
raaów ! dobrą wywm% Ρnytea kalążka zaopatrzona Jeal
w «Ifabetvcaay «korowtda, papier deakl 1 mocny; roamlar
kaiątfoski a^rabdy I katar· moêm kfd — Wł-——«
Ces» ty Q» 75 ceatév m eficmpUrx.
PIERWSZY
KIESZONKOWY
POLSKO - ANGIELSKI
i ANGIELSKO-POLSKI
I NA DWORZE KSIĘCIA j
„PANIE KOCHANKU",
I POWIEŚĆ
» przez Włodzimierza Trąmpczyńskiego.
(Ciąg dalszy).
Zwolna wszyscy nasi mieszkańcy Homiczek
zapominać zaczęli o Litwie, a nawet .pan Żubr był
nierad, gdy czasem żona Warskiego, która objęła!
ster gospodarstwa kobiecego, zrobiła jakieś' nie
potrzebne porównanie.
W ten sposób minął ro3c, Homiczki dźwignęły
się z upadku, a chociaż wszystko trzeba było jak
gdyby z kamienia wykuwać, to jednak niedostatku
nie odczuwali mieszkańcy wioski. iNawet chłopi
odżyli, bo pan sprawiedliwy nie wymagał nadludz
kich wysiłków, nie pomstował 'bez przyczyny, nie
krzywdził nikogo, a natomiast dbał, ażeby pikomu
nie doskwierała bieda. Z sąsiadami, których zresztą
-zukaćby dopiero potrzeba o mil 'kilka, dziedzic j
Homiczek żadnych nie utrzymywał stosunków,
nikt też tu nie bywał, życie płynęło z regularno-1
ścią zegarka, a kiedy co kilka niedziel dziedzic
wybrał się do kościoła parafialnego, to wtedy nie
cisnął się do ław między szlachtę, lecz stawał sobie
skromnie pod amboną, o modlił się gorąco z nabo
żeństwem a powagą.
I byłoby takie życie wlokło się długo bez żad-1
nych zamąceń i wstrząśnień, gdyby nie potrzeba
îdukacyi dla siostrzeńców.
— Trudno chłopaków tak dłużej trzymać przy
;obie — rzekł pan Żubr pewnego dnia, siedząc wie
czorem przy kominku, na którym trzaskało palące
*ię łuczywo i z którego miłe ciepło rozlewało się
•)o całym pokoju. Jeno bąki zbijają, bisurmanią się
i przywykają do nygusowania. Nie jest-em-ci ja za
tem, ażeby z nich wielkich mędrców uczynić, aliści
czegoś w życiu naliczyć się muszą.
— Święta prawda — przytakiwał Warski.
— Tandem tedy postanowiłem po świętach
Wielkiej nocy oddać rch do Tarnowa do konwiktu.
— Obu? — z przerażeniem zawołała żona War
skiego. — Niechaj'by Ignaś pojechał pierwszy, O
nuferek jeszcz mały, ma czas.
— I ja to sobie już rozważałem — odparł pan
«Michał Żubr — ale widzisz jejmość, lepiej wrzód
przeciąć odrazu. Przykro mi będzie pozbywać się I
obu chłopców naraz, to pewna, cóż jednak począć?
Będzie to taniej i skończy się prędzej, a Homiczki |
nie wytrzymają długiej edukacyi. Toć widzicie,
jak tu wszystko idzie oporem, więc odtąd jeszcze
więcej będziemy musieli oszczędzać i jeszcze wię-i
cej pracować, ażeby na wszystko wystarczyło.
— Smutno nam będzie — starała się jeszcze
oponować Warska.
— Oj, że smutno, to smutno. No ! ale przecież
nie tracimy ich na wieki, a zresztą cztery razy do
roku są wakacye. Wtedy .przyjadą i nacieszymy się
nimi do woli. A teraz, moja jejmość, trzeba się za
jąć wyprawą. Niech w konwikcie nie wystąpią jak
chudopachołki ostatniego rzędu. Dlatego też chcia
łem, ażeby jejmość pojechała do miasteczka, zaku
piła, co potrzeba, sprowadziła krawca-żydka dla {
uszycia kontusików i żupaników. I 'bieliznę niech
mają w obfitości.
— Wszystko się znajdzie — odparła Warska—■
choć wolałabym, ażeby się to jeszcze odwlokło...
— Wolałabym, wolałabym — wpadł Warski i
przedrzeźniać zaczął swoją połowicę. — Że też te
baby zawsze chcą być inędrsze od nas. .
Odtąd zaczęły się przygotowania Ignasia i 0
nuferka do Tarnowa. Chłopcy cieszyli się na tę no
wą zmianę w ich młodem życiu, nie przeczuwali
też, że odtąd trzeba będzie zerwać z dawną swobodą
i beztroskliwością. Z radością siadali na wózek, aże
by o jesiennej porze, w dzień dziwnie piękny, w ja
kie obfituje ta nasza polska pora roku, z wujem wy
ruszyć do Tarnowa. Jak się oikazało przy egzami
nie, chłopcy, chociaż zupełnie byli nieprzygotowani
i zaledwie kilka liter znali z alfabetu, dobry na
przyszłość przedstawiali materyał. Mieli bystrość
umysłu wrodzoną, a szczególniej młodszy, Onufe
rek. chłopak jak iskra żywy, ze śmiejącemi się, we
sołemi oczyma, odrazu zyskał sobie względy księ
dza-inspektora szkoły. iPan Żubr uiścił całą należy
tość za pół roku z góry, a udzieliwszy chłopcom
wielu życzliwych rad, uwag, wskazówek i przestróg,
oraz czule ich pożegnawszy, udał się w drogę po
wrotną do Homiczek, przyrzekając na Boże (Naro
dzenie przysłać Warskiego, który będzie miał obo
wiązek przywiać uczniów na wakacye.
Ignaś i Onuferetk z początku ogromnie czuli się
nieswojo wśród nowego otoczenia, a że nauka zra
zu szła z trudem, więc często tęsknili do tej swo
body górskiej, której używali w całej pełni w Ho
miczkach. Z początku byli także przedmiotem żar
tów ze strony rówieśników. Po sposobie mówienia,
po śpiewnem przeciąganiu sylab wychowańcy kon
wiktu poznali w chłopcach naszych Litwinów, (któ
rzy w dodatku nosili czysto litewskie nazwisko Są
gajłłów. Kiedy jednak Ignaś jednemu z zbyt swa
wolnych dowcipnisiów pokazał, że pięść litewska
nic nie jest gorsza od polskiej i 'kiedy ogół kolegów
przekonał się, że u tych „borsuków" serce leży jak
na dłoni, wtedy stosunki ułożyły się dobrze, a na
wet młodzi Sągajłłowie należeli do ulubieńców kla
sy. Dla wszystkich -uprzejmi, wylani, szczerzy, chło
pcy z Homiczek w bardzo krótkim czasie zjednali
sobie również serca przewodników i nauczycieli, a
chociaż nauka szła im ciężko, to jednak uwzględ
niano ich pracowitość i tę chwalebną zaciętość li
tewską w chęci zdobycia wiedzy i dorównania to
warzyszom lepiej przygotowanym.
Szczególniej do Onufterka i Ignasia przylgnął
sercem i duszą mały Stanisław Szczękowski. Siero
ta to był zupełny, a w dodatku nie posiadał takiego
dobrego wuja-opiekuna, jakim dla naszych chłop
ców był pan Michał Żubr. Po rodzicach pozostało
trochę ziemi, ale ta wioska w złe dostawszy się za
wiadywanie, nie wystarczała nawet na utrzymanie
Stanisława w konwikcie. Że jednak mały Szczękow
ski odznaczał się pilnością i zdolnościami, że nałe
\
ał do uczniów celujących, więc też Ojcowie trzy
nali go więcej z łaski, niż dla zysków i nie dawali
au poznać sieroctwa i opuszczenia. Młodzi Sągaj-|
towie na obcowaniu i z wytworzonej z czasem za
yłej przyjaźni ze Stanisławem wychodzili bardzo!
loforze, on bowiem dopomagał im w nauce, wspie
ał, bronił i otaczał niedoświadczonych swoją o-1
lieką.
(Ciąg dalszy nastąpi).
mius^ verne"""" "
|W PUSZCZACH AFRYKI
| OPOWIADANIE
i
Spolszczyła B. Kowalska.
(Ciąg dalszy).
Z kłów słoniowych ułożono stos w pobliżu wo
u. Rozpalono kilka ognisk z suchych gałęzi. Ka
nis czuwał nad tym, aby nikomu nic nie brakowa
o. Podróżni nasi mieli poddostatkiem mięsa z ło
ia i antylopy, spożywali je świeże lub suszone,
rdyż obfitość zwierzyny pozwalała na to, aby so
>ie nie żałować pożywienia. W powietrzu rozcho
Iził się zapach smażonego mięsa, i wszyscy zaczęli
ajadać z apetytem, wywołanym przez ruch i świe
:e powietrze.
Broń i amunicya pozostała wewnątrz wozu,
>yło tam parę skrzynek z nabojami, fuzye do po
owania, karabiny i rewolwery, a wszystko w naj-1
epszym gatunku. Broń była wyłączną włanością
an Cort, Maksa Huber, Urdaksa i Kumia.
W godzinę później wszyscy już byli nasyceni
myśleli tylko o spoczynku. Kamis jednak posta
vił straż z kilku ludzi, aby czuwali nad bezpieczeń
twem karawany. Straż ta miała się zmieniać co 2
j-odziny. W tych pustych i dzikich okolicach trze
)a się zawsze mieć na baczności, gdyż ludzie są
am zarówno złośliwi jak zwierzęta. Urdaks byl I
:atem bardzo ostrożny, miał on około lat pięćdzie
iięciu, lecz był silny, wytrwały i przebiegły. Trzy
iziestopięcioletni Kamis był niemniej odważny i
)rzezorny i wielokrotnie przeprowadzał już kara
wany przez puszcze Afryki.
Dwaj przyjaciele i Portugalczyk zasiedli do
wieczerzy pod cieniem drzewa. Posiłek, przygoto
wany przez jednego z krajowców, przyniósł im
Lango. Jedząc, rozmawiali, głównie o tym, co ich
eszcze w drodze spotkać może. Mieli jeszcze ol
brzymią do przebycia przestrzeń z tysiąc pięćset
lub sześćset kilometrów, na co potrzeba było z pięć
ub ze sześć tygodni czasu.
— Niewiadomo, co nas jeszcze spotkać może
— mówił Jan Cort do swego towarzysza, który pra
gnął przygód nadzwyczajnych.
Począwszy od granic Darfuru, karawana dąży
ła do rzeki Ubangi, przebywszy pierwej wbród rze
<ę Aukadebe i liczne jej dopływy. Tego dnia kara
svana zatrzymała się nrniej więcej w tym punkere,
gdzie krzyżuje się dwudziesty południk z ósmym
itopniem szerokości geograficznej.
— Teraz musimy się skierować w stronę połu
dniowo - zachodnią — rzekł Urdaks.
— Zdaje się, że nie moglibyśmy się zwrócić
w inną stronę — odpowiedział Jan Cort — gdyż je
śli mnie oczy nie mylą, na horyzoncie ze strony
południowej ukazuje się las, którego kresu nie wi
aav/ ani ιια »* ov.nv/u.
— Tak jest, to las olbrzymi — potwierdził Por
tugalczyk. — Gdybyśmy byli zmuszeni okrążać go
ze strony wschodniej, upłynęłoby kilka miesięcy,
zanim pozostawilibyśmy go po za sobą.
— A gdy zwrócimy się na zachód?
— Od strony zachodniej droga jest mniej u
:iążliwa; nie oddalając się od skraju lasu i nie na
kładając wiele drogi, napotykamy rzekę Ubangi.
— A czy przypadkiem nie skrócilibyśmy sobie
drogi, gdybyśmy się przedostali przez ten las? —
zapytał Maks Huber.
— O! przynajmniej o jakie (lwa tygodnie wcze
śniej stanęlibyśmy u celu podróży.
— A więc -dla czego nie mamy się puścić tą
drogą?
— Dlatego, że ten las jest nieprzebyty.
—-. Ależ co znowu?.... Skądże nieprzebyty? —
pytał Maks Huber, potrząsając głową.
— Być może, iż pieszo można się przez niego
przedostać — odparł Portugalczyk — chociaż nie
jestem tego pewny, albowiem nikt jeszcze nie od
ważył się na to; ale chcieć wozami przejechać ten
gąszcz leśny, byłoby to bezowocne usiłowanie.
— Mówisz, Urdaksie, że nikt nigdy nie próbo
wał przedostać się przez ten las?
— Może i usiłował ,panie Maksie, ale nikomu
się to nie udało i zdaje mi się, że w całej prowincyi
Kamerunu i Kongo nikt nie odważyłby się na tę
próbę. Któżby chciał zapuszczać się tam, gdzie nie
ma żadnej ścieżki i przedzierać się przez gąszcze
krzaków i cierni? Nie wiem nawet, czy ogień i sie
kiera otworzyłyby nam drogę przez puszczę, gdyż
napotkałoby się jeszcze mnóstwo spróchniałych, po
walonych na ziemię pni drzewnych, które stanowi
łyby nieprzebytą zaporę. i
— Czy doprawdy nieprzebytą, Urdaksie?
— Kodiany przyjacielu — rzekł Jan Cort —
nie myłsl o tym lesie; możemy się nazwać szczęśli
wemi, że go ominiemy. Przyznam ci się, że nie miał
bym ochoty przedzierać się przez taki labirynt
irzew
— I nie byłbyś ciekawy dowiedzieć się, co
się znajduje w podobnej puszczy.?
— A cóż może być, mój Maksie? Czy my
ślisz, że tam są nieznane królestwa, zaklęte mia
;ta. lub nieznane gatunki zwierząt mięsożernych,
■y pięciu nogach naprzykład. albo ludzi o trzech no
gach ?
— Kto wie, czy tak nie jest, mój Janie?
Jakże bym chciał zapuścić się w głąb tego lasu !... χ
(Ciąg dalszy nastąpi).
■ · tJisB.-.. a
BURTA
SŁOWNIK
Polskiego
i Angielskiego Języka
• ułożyli
W. KIERST 1 proi. O. CALLIEa
DWIE CZĘŚCI W JEDNYM TOMIE.
CZĘŚĆ PIERWSZA: POLSKO-ANGIELSKA.
CZĘŚĆ DRUÛA: ANGIELSKO-POLSKA.
Jestto specyalne wydanie Dziennika Chicagoskiega
Śmiało twierdzić możemy, że żaden inny słownik
polsko-angielski i angielsko-polski nic może się ró
wnać ze słownikiem Burt'a co do układu. Zawier·
przeszło 800 stronic ładnego, wyraźnego drak*
Oprawa jest gustowna i trwała.
Pojedynczy egzemplarz kosztuje $L
I» przesyłkę pocztową dołączyć trzeb· 10 c«atéw eztrâ.
Dziennik Chicagoski
1455-1457 West Division ulica
CHICAGO, ILL
Biuro otwart· katrioro <*-λΙ» ort cort*. 7i30 cran» rte 7«>β wU·
czoreni. m wyjątkiem niedziel ł Śwlęt arocz/itjch.
(W czasie 40 godzinnego nabożeństwa I kiedykolwiek)
: : ŚWIĄTOBLIWI! : :
PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM
: : PRZEPĘDZONA i ι
Papierowa okładka, stronio 43 druku, format 6$X3£ oal.
ZAWIERA:
SŁÓWKO do czytelnika. Modlitwa przy odwiedzaniu
Najśw. Sakramentu. Godzina świątobliwie przed Naj
świętszym Sakramentem przepędzona. Litania o Naj
świętszym Sakramencie (do prywatnego użytku). Po
zdrowienie Najśw. Sakramentu. Akty Dziękczynienia Panu
Bogu po skończonej godzinie adoracyi Najśw. Sakramentu.
Polecenie się Panu Jezusowi. Polecenie się Najśw. Pannie
Maryi. Odwiedzenie Przenajśw. Sakramentu. Pozdrowie
nie Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie- Akty Strze*
liste.
5 CENA ZA JEDEN EGZEMPLARZ lOc Ś]
W WIĘKSZEJ ILOŚCI DAJEMY STOSOWNY BA BAT.
DZIENNIK CHICAGOSKI
1457 W. DIVISION UL CHICAGO, ILL.
Książki do Nabożeństwa
Oprawne
w płótno, skórkę lub celulojdowe
Z drukiem dobrym i dużym,
z klamerkami i bez
Po cenach: ,
12c - 15c - 20c - 25 - 30c - 40o - 50o - OOo
75c - 80c - 90c- $1.00-1.25- 1.5O-J02 12.30
Pi&xcte po katalog innych Icsiqiek
DZIENNIK CHICAGOSKI,
1457 W. DIVISION STR. CHtCASO.
I^^^^^^^Pl^^MPWwWwwWWW· »wwwwwVwwWw¥wwwWwWwwWWWwwP
Konstytucya 3lX,±ia-i
w broszurce do nabycia po ΙΟ centów u
Sp. Nakład. Wydawnictwa Polskiego j
1455-1457 W. DIVISION ULICA
CHICAGO. TT.T..
Obchody Majowe. -52^
» "W

xml | txt