OCR Interpretation


Katolik. (Winona, Minn.) 1893-1895, July 11, 1895, Image 2

Image and text provided by Minnesota Historical Society; Saint Paul, MN

Persistent link: https://chroniclingamerica.loc.gov/lccn/sn90060821/1895-07-11/ed-1/seq-2/

What is OCR?


Thumbnail for

SYNOWIE
SZAMYLA.
Powieść historyczna.
(Ciąg
dalszy.)
Obruczew wpadał w nie
kłamany zapał, gdy jął
rozpowiadać o bohaterze
Kaukazu.
Gdybyśmy nie wiedzieli
mówił Obruczew iż
Szamyl był człowiekiem tak,
jak każdy z nas, uwierzyć
było można, iż jest nadprzy
rodzonem zjawiskiem. Porów
nywali go do lwa, do błyska
wicy, do la winy,siła, szybkość,
potęga jego rzutów, stokroć
jednak od tego wszystkiego
była większą. Nie był to
człowiek istotnie, lecz jakiś
duch niejako, który działał
jak cud, jak objawienie. Nigdy
nie można było przewidzieć,
kiedy uderzy i gdzie sie|
pokaże a urokiem takim
umiał się otoczyć, iż bodaj
który z nas byłby odważył
się strzelić do niego, broń
Boże zaś na ostre z nim się
zmierzyć. Ojciec Wasz,książę,
gdy prowadził swoich do
ataku, zawsze był na przedzie,
a gęste szeregi naszych
bagnetów uważał za mgłę, tak
śmiało lzucał się w nie na
swoim białym dzianecie.
Sołdat mu ustępował z drogi,
on był dla swoich taranem,on
otwierał im drogę. Pozornie
nikt ®potyczki nie prowadził,
pozornie oddziały jego dzia
łały bez planu,a jednak każda
z większych potyczek, była z
góry obmyśłaną i godna
geniuszu Napoleona. Oddziały
jego nagle nieprzewidzianie
zjawiały się zewsząd na placu
boju albo zwyciężały, ałbo
uchodziły bez śladu, aby na
innem miejscu równie niespo
dzianie się pokazać. Nie mniej
strasznym był jego druh
serdeczny Opaczyriski mąż
niedźwiedziej siły, a bohater
skiej odwagi i determinacyi.
Skoczyć z koniem z urwiska
do rzeki, gdy go ścigano z
pośród nas porwać księżniczki
Grbęliani i Czawczawadze w
oczach wojska, przebić sie w
stu ludzi przez pułk jegrów
fraszką było dla niego.
Ach męto wi serce rosło
słysząc tyle pochwał o bo
haterstwie ojca. gdy jednak
major wymienił owe branki
czerkieskie, przerwał majoro
wi tok opowiadania,i z wielką
zapytał ciekawością:
Majorze, czy byłeś o-
becnym,gdy księżnę Orbeliani
i CzavYczawadze porwano?
Tak jest, książę, należa
łem do oddziału jenerała
Orbeliani. Właśnie przygoto
waliśmy wielką przeciwko
Szamylowi obławę, gdy przy
była żona jenerała, kobieta
młoda, piękna i żądna wrażeń.
Wielki to był festyn w obozie.
Nikt nie przypuszczał, że się
tak źle skończy. Boć rzecz
to była niesłychana, aby ktoś
mógł się odważyć porwać
prawie w oczach całego woj
ska, z pod boku rfięża żonę. A
stało się to tak. Jenerał
Orbeliani chcąc zabawić młodą
żonę, może też miał myśl
uboczną odwrócenia uwagi na
główny swój plan osaczenia
Szamyła, nakazał po ukoń
czeniu w dzień festynów nocną
wyprawę na jeden z pomniej
szych czerkieskich aułów.
Wiedział on o tem, iż Szamyl
zjawi s:ę na placu boju, gdy
tylko się dowie, iż jeden z
jego aułów zagrożony. Oddział
przeznaczony do szturmu na
auł był szczupły, reszta^armii,
większa cześć górskiej artyle
ryi i 3 bataliony jegrów, były
zręcznie ukryte w pobliżu.
Orbeliani liczył, iż Szamyl da
się złudzić,a zachęcony drobną
siła szturmującego oddziału
rzuci się na niego, Oddział
miał nakaz ustępowania w
kierunku, gdzie jegry były
ukryte. Księżna Orbeliani w
towarzystwie księżnej Czaw
czawadze miała się przypa
trywać szturmowi i bitwie ze
wzgórza. Jenerał chciał przy
jednym ogniu upiec dwie
pieczenie, żonę zabawić
Szamyla pojmać. Biedny Or
beliani nie przypuszczał nawet,
iż tak pieczeń mu się przypali.
Wszakźeż żonka jego znajdo
wała się pod opieką blisko
3000 karabinów jegierskich.
Orbeliani sam przywodził
szturmującemu oddziałowi.
Księżna miała widowisko
piękne.
Nie wdawaj się w opisy
szczegółów przerywa mu
Achmet—mów maiorze,co się
stało po porwaniu?
Wasza Książęca Mość
raczy mi wybaczyć, rąbię
krótko, opowiadać umiem
tylko obszernie, oprócz tego
pozwól staremu zanurzyć się
w rozkosznych przeszłości
wspomnieniach. Wiedz, książę,
iż noc owa pamiętna mi
bardzo —może mię zrozumiesz,
jeżeli ci powiem, źe nie było
junkra w ©bozie, któryby nie
był zakochanym w pięknej
jenerałowej. Otóż ja stałem z
mym plutonem broń do nogi,
lecz w pogotowiu do strzału
tuż przy pagórku, z którego
księżna obserwowała szturm
improwizowany na auł. Niebo
gwiaździste, księżyc świecił
jasno, można było dokładnie
obserwować każdy ruch na
polance przed aułem, na
niezbyt wysokich, lecz stro
mych położonego skałach.
Nasz oddział wyłania się z
zarośli. Auł we śnie pogrążony.
Artylerya podsuwa się i śle
śpiącym śmiertelne pociski
ponure powitanie! a w skałach
i turniach huk armat zwiększa
się tysiąckrotnie, kule bez
władnie padają na skały,
artylerya podsuwa się bliżej.
Uroczy widok rozumiem,
czemu księżna go pragnęła,
nuta wojenna gry armatniej
potężnie targa nerwy, upaja.
Granaty syczą w powietrzu,
rakiety ogniste toczą koła, tu
i owdzie na dachach zabudo
wań aułu małe pokazują się
światełka, auł gore, lecz auł
się obudził.Widzisz na murach
aułu postacie ciemne, a
gęstsze coraz małe płomyki z
za murów dają ci poznać, iż
Czerkiesi obrzucają naszych
artylerzystów gradem kul
karabinowych, palbę ręcznej
broni pochłania potężny
grzmot armat. Godzinę lub
dłużej trwa przygrywka armat
do tańca szturmowego.
Stary major coraz więcej
zatapiał siew wspomnieniach,
coraz żywiej świecił® mu oko,
coraz prędzej wyrzucał z piersi
wyrazy, zdawało się, iż uppja
się własną wymową.
Szamyl
z podziwem patrzał na niego,
nie spodziewał się, iż znajdzie
u starego służbisty tyle skłon
ności do poezyi.Ha! widocznie
noc owa większe dla niego
miała znaczenie, niż późniejsze
bitwy.
—Nasz oddział pod zasłoną
ognia armatniego ciągnie
major dalej podchodzi pod
mury. Artylerya nie może
wytrzymać prażącego ognia
Czerkiesów, cofa się, dym
opada, lecz widać, że zrobiła
swoje, auł w płomieniach,
mury po części w gruzach.
Należy dokonać trudniejszej
części zadania, zdobyć nagie
skały i pojmać garstkę bro
niących się Czerkiesów. Już
nasi pną się po skałach, w
tem słychać tentent, krzyk,
łomot z wąwozu pędzi na
białym rumaku rycerz w
złocistej zbroi, to Szamyl, tuż
za nim oddział jeźdźców na
karki końskie pochylonych.
Tyraljerzy nasi zatrzymują
się na skałach, reszta kolumny
szturmowej ustawia się w
czworobok i nasrożyła się
lasem bagnetów. Następuje
chwila ciszy, raz tylko odzywa
się trzask i huk. To artylerya
sypnęła kartaczami, lecz raz
tylko, bo w tej chwili wy
sieczona w pieó. Jeźdźcy się
zatrzymują, wykręcają z
miejsca i omijają kolumnę
naszą, która teraz dopiero
rozumie manewr. Szamyl
pędem rozhukanego potoku
rzuca się pomiędzy kolumnę a
naszych tyraljerów. Oddział
jego osadza konie w miejscu,
jeźdźcy znikają gdzieś w
skałach, konie wiodąc za
sobą. Dzieje się to w mgnieniu
oka. w mgnieniu też oka
skały roją się od wojowni
ków, a zaledwo rój ów się
ukazał, skały zioną piekielnym
a celnym ogniem na drapią
cych się na skały tyraljerów
i oniemiałą prawie z podziwu
zbitą kolumnę szturmową,
która ani strzału na błyska
wicznie przelatujących jeźdź
ców nie zdążyła oddać.
Kolumna cierpi pod wytry
skiem trzystu na nią wymie
rzonych karabinów. Orbeliani
rozumie, iż źle igrać z
Szamylem. Brzmi komenda,
kolumna się rozwija w tyra
liery. Adjutant pędzi ile tchu
koniowi starczy z rozkazem
do jegrów, aby awansowali,
do artyleryi, aby z dominują
cych wzgórz kartaczami
wspierała atak.
Achmet zatapia się cały w
opowiadaniu majora, widać,
iż rozumie położenie, w jakiem
się znajdował bohaterski jego
ojciec. Przerywa więc majoro
wi potok słów uwagą:
Orbeliani osięgnął cel
swój,chociaż na innej drodze
ojciec mój znajduje się w
samotrzasku.
Tak jest książę, lecz na
to trzeba było innego samo-'
trzasku, lwa się nie chwyta w
łapkę na szczura. Adjutant
przelatuje koło mnie,, słyszę
wyraźnie, jak ochrypłym od
zmęczenia 1 wytężenia głosem
udziela rozkazy dowódzcom.
Pojmują oni z nagłości
rozkazów, iż sprawa żartem
rozpoczęta zaczyna się robić
poważną. Jegry wychodzą z
zarośli, szykują się i postępują
podwójnym krokiem.Kolumny
rozchodzą się półkoiem, by
objąć twierdzę czyli raczej jej
ruinę żelaznym łańcuchem
karabinów, jeżeli zamiar się
uda, Szamyl zgubiony. Zdaję
komendę wachmistrzowi, o
puszczam posterunek i biegnę
na wzgórze, z którego księżna
obserwuje przebieg potyczki.
Gdy mię jeaerałowa spo
strzegła, pyta mię:
Kto był ten jeździeć na
czele oddziału czerkieskiego?
—To Szamyl^-odpowiadam
krótko.
To on! Tak go sobie
wyobrażałam! Dokąd jegry
idą?
Otaczają auł!
Więc Szamyl zgubiony!
Mam nadzieję, że ujdzie
wyrwało mi się mimowoli.
Księżna spojrzała na mnie
jakby z wdzięcznością. Nasze
bataliony były już od nas
oddalone o tysiąc kroków w
tej chwili słyszę za sobą
tentent, brzęk szabel, komen
dę: stuj, pal, do ataku marsz,
marsz, kilka strzałów—krótki
zamęt bitwy. Odwracam się...
już mię ogarnął, już przeszedł
po mnie huragan kopyt
końskich. Wszystko wydaje
mi się krótkim, lecz przykrym
snem, podnoszę się z ziemi,
czuję się zdrów na ciele, lecz
zupełnie oszołomiony. Patrzę
przed siebie wzgórze zupełnie
puste, księżnej niema, widzę
jak oddział około stu jeźdź
ców pędzi co koń wyskoczy
na batalion jegrów długim
sznurem czwórkami postępu
jący, przerzyna go jak łódź
morską falę, pozostawiając za
sobą smugę powywracanych
ciał ludzkich. Tym samym
niepohamowanym pędem
ściera czoło drugiego batalio
nu i wali ku aułowi.
—A teraz rozumiem, co się
stanie przerywa Achmet
ojciec mój zbiega z Czerkie
sami tajnemi przejściami ze
skał, siada na koń zbierając
resztki załogi z sobą i rzuca
się na kolumnę szturmowa
luźno rozwiniętą w tyralyery
rozbija, grzebie pod kopytami
koni tworzące się małe kupki
strzelców i łączy się na środku
pobojowiska z Opaczyńskim
pod niepewnym ogniem
rosyjskiej artyleryi, szacho
wanym własnemi oddziałami i
uchodzi z łupem z nie zam
kniętego jeszcze koła pod
okiem Orbelianiego, który
teraz może żałuje, iż krwawe
igrzyska chciał wyprawić
żonie, a klnie w duchu, iż
nie ma przy sobie pułku
dońców,który może na płonne
rekonesanse był wysłał.
Major z pewnem zdumie
niem patray na Achmeta i
odzywa się
—Książę tak mówisz,jakbyś
obecnym był wyprawie,
wszystko tak było, jak książę
wystawiłeś. Gdym wreszcie
zrozumiał, co się około mnie
stało, gdym ujrzał w półcie
niach nocy ciemny Czerkie
sów oddział, ginący w bliskich
skałach, zbiegłem do mego
plutonu dońców. Widzę u
podnóża leży wachmistrz z
rozpłataną czaszką to dłoń
Opaczyóskiego.— Szczęśliwy!
on zginął na posterunku, na
jego miejscu moje spoczywać
były powinny zwłoki. Dalej
tu i owdzie leży ranny, z
zarośli zaś wleką się nieśmiało
pos trącani z koni dońcy.
Odnajduję trębacza, każę
trąbić pobudkę. Zbiera się
około dwudziestu około mnie.
Trąb do ataku! wołam.
Rabiata marsz! marsz! marsz!
ryczę wściekły, wskakując
na luźno nadbiegającego ko
nia. Tam... i wskazuje im
piką wyrwaną z ręki najbliż
szego dońca kierunek, gdzie
oddział Szamyla majaczeje.
(Ciąg dalszy nastąpi.)
PŁACIĆ
ZA KATOLIKA 1
Największy wybór
TAS&KI
DO ZAŻYWANIA
Tabaka iest rdzennie polska,zaży
wana przez lud polski pod 2aborem
praskim, szczególnie w dyecezyach
pelplińskiej 1 gnieźnieńsko po
znańsKiej. Fabrykacya odbywa się
w sposób starokrajski.
Można 33. dostać we wszystkich
pierwszorzędnych handlach tabaki
1 cygar oraz w polskich grocer
niach. Ktoby jei zaś u siebie nie
może dostać, niechaj się zgłosi
wprost do fabryki, pod adresem
I^-CENNIKI PRÓBKI wyseła
się bezpłatnie. Ktoby sobie ży
czył mieć u siebie zapas moiej
tabaki na sprzedaż, chętnie z nim
zawrę stosunki,udzielając ma znacz
nego rabatu czyli zarobku.
Dubois & Willis ąve.
Detroit, Mich.
WYSTAWA
wiosenna
DAMSKICH
KAPELUSZY
podług najnowszej francuskiej
mody.
Janowa Bockel
221 E. 3rd Str.
Wlnsna, lima.
Y N
C. W. AND INGA
na SC61BŁOJLF
pod Winoną
wyrabia jaknajlepszą mąkę w roż
nych gatunkach, mianowicie też
patent i żytnią mąkę. Wymionia
także mąkę'za
żyto
i pszenicę.
We mlynio najnowsze urzą
dzenia, dla tego mąka musi być
dobra.
Pamiętajcie o
Młynie na Sugarloaf
WĘGLARZ
Z WALENCYI
CENA 30 c.
Można tę książkę dostać w księ.
yami H. DE
li DO W IS KIEGO w
Winona, Minn. 59 E. 2id str.
POŚREDNIK
POLSKO AK1ELSKI
ksiq&ka dla Polaków w Ametryce
do
łatwego nauczenia s^ę po angielsku
z opisaniem
KAŻDEGO WYRAZU JAK
SIĘ MA WYMAWIAĆ,
z
dołączeniem rozmów 1 różnych
listów w polskim i angielskim i$
zyku.
CENA 65 o.
Można tą książkę dostać w
ami B. DEAD O WSK1EGO
inona. Mian. 59 E 2nd str.
Słownik
POLSKO-ANGIELSKI I
ANGIELSKO-POLSKI.
Dzieto to je8- w dobrej mocnej oprawie ze złcconemi "literami na
okładkach w formacie biblii. Kosztuje 4 dolary. Podane w nim jest,
iak się każde angielskie słowo nazywa po polsku i iak się wymawia
po polsku oraz co znaczy każde polskie słowo w języku angielskim.
Przysełajcie na moje ręce po 4 dolaiy, a każdemu Słownik na
tychmiast wyślę.
ADWOKACI
W. Tawney, W. J. Smith, D. E. Tawne,
Tawney, Smith & Tawney.
Polecają się Szanowne] Publiczności
polskiej w Wmonie, które] juś
nieraz służyli w różnych sadach 1
sprawach prawniczych.
BIURO 66 W. 3 Str.
Morgans Block
Booms 2£, 23 & 24,
min tun
POWIEŚĆ MORALNA
dla-
DOJRZAŁEJ MŁODZIEŻY.
CENA 30o.
w rnoonei oprawie 60 o.
Mohia tę książkę dostać w kttof*
farm 11 DERDO SKIEGO
Wiuona, Mmii. (59 E. 2nd str.)
Jisirnl
eattjsI.
POWIEŚĆ
dla
wszystkich szlachetnie
ślących
CENA
w mocnej oprawie
Moina tę książkę do .,:a£
u
2nd
W. SŁ0N1NSKA
679 Milwaukee Ave
CHICAGO, ILL.
Polecam WieleDnemu i)uoho«
irieństwu jak i Szanownym Towa
rzystwom polskim mój Skład i
H. DERDOWSKI
WINOV1, UDU.
Żywoty
W I Y A S K I
K 1 0 1 & 8 K 1 O Z
przedaje Księgarnia H. DERDOWSKIEG-O w
Mian., pocenie
Ś5.00, w dobrej oprawie.
Zamawiać sobie i pieniądze przesełaó pod adresem:
'H. DERDOWSKI
4 sir.
Pra-
równię różnego gatunku Chorą
gwi, Szarf, ©znak, H©zet,
Beret, Pałek marsza!ko
WSlKich itp. po jakuajtańszej
ceni® jWykonuję wszystkie Obsta
lunki jak najpunktalnie] i najsu
mienniej, przez dziewiętnaście
lat praktyki nabrałam wprawy w
powyższych wyrobach, Także
Wielebnymi Siostrom polecem mól
skład i wielki wybór IŁoroii,
Welonów, Bukietów, dla
Dziewcząt i Chłopców,
przystępu­
jących do piecwł'.ni omunii świę
tej Tak samo mąrn zawsze na
składzie Korony, Welony
dla młodych Panien do ślubu
wszystko po jak najtańszej cenie.
Proszę przybyć i przeko
na? się w Polskim Handlu, za nim
się udacie do Składu narodowości
obcei.
Z szacunkiem
W. Słomińska
679
Milwaukee ave. Chicago
1

garni H. DERDÓW if sxEGHk
Winona, Minn. 59 E.

xml | txt