OCR Interpretation


Zgoda = Unity. [volume] (Milwaukee, Wis.) 1881-1901, August 29, 1901, Image 1

Image and text provided by University of Illinois at Urbana-Champaign Library, Urbana, IL

Persistent link: https://chroniclingamerica.loc.gov/lccn/sn91037345/1901-08-29/ed-1/seq-1/

What is OCR?


Thumbnail for

„zMriHnzu.
W TO WODZI w KAtOY CZWAKTBK
Prrnomaraia m *}UuU męski* I
k*A>kt« r^cial*. > I M
Do Zutopjr. tiki
Blaro Zna. Camtr. Z K.IV miale: ai«
» demo wtanta p.a. MM-IM W. Dln
aioo at. Chicago, l(L
W smalkia Uoty w aprawarh adium.
fwliaku ona koraspaadan. ya do Za
rt%duCaau. Baloty praaayUC poi adro
T. M. nUIUL
MM-101 W. Dlrtalon ot.. Cklrin, Ilia
Praakasy bukowa, pocztowo i pio
■M— praaajbaf nalały pod adroaou
M. ■ AJKW8KI.
IW-KM W. Dlwlałon u.. Chicago. Ilia.
Korwa IK. ndaocra AotreJ%ra Kodakcyl
.Zgody praaaylaZ aala«y pod adr.
T. 8IK MIRA DZKI.
MMI Ot W. Dirtałon ac. Chicago. Ilu.
Waaalkia rai Koty w sprawarh ad mi
nlotra»-yJn>ch .Zgody”, ogtooaaa no
M« iirukaraku h naloty auraanwaC do
aakrataria „Zgody”:
J. OLBINIKI,
IP3-IMW ImuuiDiL Chicago. Ilia.
No. 35.
ORGAN ZWIĄZKU NARODOWEGO POLSKIEGO W STANACH ZJEDNOCZONYCH PÓŁNOCNEJ AMERYKI.
Chicago, 111., Czwartek duia 29-go Sierpnia 1901 roku.
TVE WEEKLY “ZWM”
APPCAK1NO EVKRY TH U ROD AT
la tha offlotal orgia ot łka
Poltah National Alltanca. O. I. N. 1.
•ubacr.ptlon prtca la tha O. *.
_ _ • l.ao por yoar.
To otbar ruuatriaa $ 111 “ ■*
T. SIEMIRADZKI: Zditor,
OBoa: lOt- 104 Wat DlHtlaa tlraai
CHICAGO. 1LL1H0II
Ali bualoaaa coumualcaUoaa aaaU
bo addroaaod:
Tha Pollth Waakly „Zgoda”.
tot-iot W. Diwlaloa ac. Chicago. Ula
AU communtratlona to tha PoUah
Nafl AlUauco ahaU oo addroaaod :
T. M HKLIHSKl. Oaa’l Saara tary,
l<u-KM W. DUtaloaac. Chicago, lila.
Kok 20
Sprzymierzeńcy
a nieprzyjaciele Związ
ku Nar. Pol.
część ii.
Kończąc rzecz o sprzymie
rzeńcach i nieprzyjaciołach Z.
X. P., rozpoczętą w przeszłym
numerze, przechodzimy z ko
lei do drugiej części, t. j. do
przeciwników Związku. Na
samym wstępie oświadczamy
stanowczo, że do przeciwni
ków Związku N. P. nie zali
czarny ani Kościoła rzymsko
katolickiego, jako instytucji,
ani całego kleru katolickiego
polskiego w Ameryce.
Ktokolwiek bądź twierdzi,
że Kościół jako taki jest prze
ciwnym Związkowi, ten albo
nie zna Kościoła, albo świa
domie posługuje się imieniem
Kościoła dla swoich celów,
osobistych lub politycznych.
Po pierwsze Kościół nigdy
i nigdzie nie potępił Związku
przez usta swoich dygnitarzy.
którzy jedynie maj-* prawo
przemawiać w imieniu Kościo
ła. Ani papież, ani Propa
ganda, ani żadne konayljum
nigdy się Związkiem nie zaj
mowało i zajmować nie będzie.
Byłoby więc wprost niesu
miennością mieszać Kościół
z niektórymi jego bardziej
gorliwymi niż mądrymi słu
gami podrzędniejszego znacze
nia. Byłoby niesumiennością
zrzucać na Kościół winy po
jedyóczych kapłanów.
Kościół, działając na ziemi,
mu9i posługiwać się dla swo
ich celów ludźmi. A każde
mu wiadomo, że ludzie nie są
doskonałemi narzędziami. —
Powtóre Kościół wie do
skonale, że Związek ani mu
szkodzi, ani z nim walczy.
Cały świat cywilizowany
jest dzisiaj urządzony na tych
samych zasadach, na których
spoczywa Związek. Wszędzie
panuje równouprawnienie wy
znań i wszelakich przekonań.
Stan ten trwa już od stu lat
przeszło, t. j. od rewolucji
francuskiej z roku 178tłgo. I
nigdzie Kościół nie występuje
przeciwko temu stanowi rze
czy. Kościół pilnuje tylko,
aby jemu nie działa się krzy
wda, aby nie prześladowano
jego wyznawców. Na tem
przystosowaniu się do ducha
czasu Kościół wychodzi bar
dzo dobrze. Nigdy może Koś
ciół rzymsko-katolicki nie
stał tak dobrze, jak dzisiaj.
I najlepiej stoi on właśnie tam,
gdzie religja jest całkiem od
łączona od polityki. Rozwój
Kościoła w Stanach Zjed. jest
najlepszym dowodem.
Wynika to zresztą i z teorji.
Jeżeli ludzie, stojący na czele
Kościoła, wierzą. że Kościół
jest i nstytucją boską, muszą
wiec wierzyć i w to, że żadna
moc ziemska jej nie przemoże.
Silni tą wiarą mogą oni cał
kowicie ignorować przeróżne
prądy polityczne i społeczne,
mogą i muszą być pewni, że
nic na tej ziemi zaszkodzić
Kościołowi nie może. Zdru
giej strony, pozostawiając lu
dziom wolność przekonań, a
pracując tylko dla dobra dusz,
Kościół może robić więcej do
brego i prędzej, niż walcząc z
wrodzoną człowiekowi dążno
ścią do wszelkiej wolności.
Rozumieją to wszystkie lepsze
głowy i czyste serca w Koś
ciele. Kto tego nie rozumie,
lub udaje, że nie rozumie, ten
szkodzi tylko Kościołowi, cho
ciażby był najgorliwszym jego
wyznawcą.
Nic to nas nie obchodzi, że
Kościół dawniej, przed wieka
mi trzymał się iunej polityki.
Są to rzeczy przebrzmiałe.
Dziś Kościół przystosowuje
się doskonale w każdym kraju
do panujących tam przekonali.
(idyby dziś jakimś cudem
Polska odzyskała niepodleg
łość, panowałyby w niej te
same zasady, które panują w
Związku N. P. A przecież ni
komu nie przyszło by do gło
wy utrzymywać, że Kościół po
tępiłby nowożytną Polską zor
ganizowaną na zasadach, któ
re panują spokojnie i swobod
nie w Niemczech, Austrji,
Francji, Anglji i t. d. gdzie
przecież Kościół nie tylko go
dzi się z istniejącym porząd
kiem rzeczy lecz i rozwija się
znakomicie.
Nie jest wiec Kościół prze
ciwnikiem Związku N. P. i nie
będzie nim nigdy.
Również nie mamy prawa
zaliczać do przeciwników
Związku kleru polskiego w A
meryce w całości. Może kie
dyś tuk było, chociaż zawsze,
nawet w najgorszych chwilach
walki, musiały być liczne wy
jątki. bzisiaj jednak stanow
czo tak nie jest.
Po pierwsze księża wy
kształceni, rozumni, uczciwi,
których jest przecież nie mało,
nie idą nigdy w swoich czyn
nościach dalej, niż sam Koś
ciół. Być bardziej katolickim
od samego papieża może tylko
człowiek małej wiedzy, ogra
niczonego umysłu, lub ukry
wający pod maską religji inne
jakieś interesy.
skoro więc K-osciot me jest
przeciwnikiem Związku, nie
może być przeciwną Związko
wi lepsza część duchowień
stwa. Może ona nie czuć sym
pat ji dla Związku, jak też jest
w istocie; moie go nie popie
I rać; lecz nie może z nim wal
czyć, ani starać się mu szko
dzić.
Przeciwnie, są wśród księży
polskich w Ameryce nawet i
tacy, którzy wcale nie ukry
wają się ze swoją sym pat ją
I dla Związku. Podawać na
zwisk nie możemy, ażeby nie
zaszkodzić tym zacnym kapła
nom. I>ecz sami byliśmy nie
raz świadkiem na nabożeń
stwach obchodowych, bib na
samych obchodach, juk księża
1 wysoce wykształceni i cieszą
cy się doskonałą opinją z wiel
kim zapałem i znajomością
rzeczy chwalili Związek i
wskazywali mu jaknajlepsze
cele polityczne. ^
(iodnem uwagi 'jeat, że o
twarcie i śmiało adrudzają
swoje sympatie dla Związku
tacy właśnie księża, którzy
słyną z nauki i zacności. Po
wtarza się tutaj w zmniejsze
niu to, co widzimy na wdększą
skalę w stosunku do kwest ji
polskiej w ogólności. Tak w
samej Polsce, jak i w innych
krajach, jeżeli spotkamy mężu
oddanego sprawie polskiej,
lub sympatyzującego z nią, to
będzie to napewno człowiek,
używający skądinąd juknuj
lepszej opinji. 1 naodwrót,
wszyscy głośni wrogowie i
jrrzeciwnicy naszej świętej
sprawy okazują się przy zba
daniu ludźmi, nie cieszącymi
się dobrą opinją u swoich.
Jest to zjawisko naturalne.
Dobra sprawa pitciaga ku so
bie ludzi dobrych i naodwrót
Po za tymi nielicznymi je
szcze kuplauami, którzy jaw
nie, czy tajnie sympatyzują ze
Związkiem, jest moc obojęt
nych, którzy nie troszczą sie
wcale o Związek. Są to prze
ważnie ludzie młodzi, wycho
wam juz na tutejszej ziemi,
rozumiejący i szanujący zasa
dy, na których spoczywa cale
społeczeństwo amerykańskie.
Ci księża nie robią żadnej
różnicy między związkowcami
a członkami innych organiza
cij. Pełnią swoje obowiązki
kapłańskie, przestrzegają zgo
dy i porządku w paraf Jach i,
byleby im nikt nie bruździł,
są całkiem neutralni. Znamy
osobiście nie muło księży z
tej kutegorji i przypuszczamy,
że jest ona bardzo liczną.
Przejdźmy teraz do tej czę
ści kleru polskiego w Amery
ce, którą zaliczamy do prze
ciwników' Związku. —
A więc nasamprzód należą
do nich ci księża, którzy cał
kiem szczerze wyobrażają so
bie. że Związek szkodzi re
ligji. Są to ludzie szczerzy,
lecz mało wyrobieni politycz
nie. Zdaje się iin, że samo i
stnienie takiej organizacji pol
skiej, która oddziela religję od
polityki i pozostawia pierwszą
każdemu, jako rzecz jego su
mienia, jost już krzywdą i
stratą dla Kościoła. Tacy lu
dzie wiecznie i zawsze mie
szają religję z polityką i nie
mogą wybrnąć z tego dylemu
tu. Tacy ludzie są wszędzie.
Jest ich dość w każdym kra
ju i wszędzie, gdzie się znaj
dą, są oni przeciwnikami o
becuego porządku rzeczy.
Walczyć z nimi lub j>olumizo
wać jest zbytecznern. Naj
trudniej jest przekonać czło
wieka, który wbije sobie do
głowy jakąś myśl i na wszy
stko patrzy ze stanowiska tej
myśli.
Oprócz wyżej wymienio
nych są te* i księża, którzy
świadomie zwalczają Związek
ze względu na swój interes o
sobinty. Nie idzie im o religje,
nie idzie o narodowość, lecz
idzie o władze, o przewodze
nie nad ludźmi. Ponieważ
związkowcy, oddając kapła
nom, co im sią należy, jako
sługom kościoła, w rzeczach
świeckich mają swoje zdanie i
swoją wolę, więc naturalnie
ludziom dumnym i żądnym
władzy.
Ta kategorja dawniej dość
liczna, obecnie, juk się zdaje,
spadła do liczby kilkunastu
osób. Stosunki pod tym wzglę
dem znacznie się poprawiły i
wciąż się poprawiają.
iiezporównania ważniejszą
jest ta kategorja przeciwni
ków Związku, która walczy z
wytrwale za {>omocą pism i
wszelkich możliwych środ
ków. Należą do tej grupy tak
osoby duchowne jak i świec
kie, złączone ze sobą ws{>ól
nym celem i współ nem i dąż
nościami.
nie podoba się to niektórym
Dwa są główne punkty,
skąd wychodzą gromy prze
ciwko Związkowi. Jedeu znaj
duje się w samej stolicy |»o
lonji amerykańskiej, w Chica
go, drugi w najliczniejszej z
rzędu kolonji polskiej na
wschodzie. Są to jakby dwie
kwatery główne, dwa obozy
nieprzyjacielskie.
Nie potrzebujemy wymie
niać tych obozóv.' po imieniu,
ani osób kierujących nimi |*>
nazwisku. Musiałby to zrobić
historyk wychodżtwa polskie
go, u mv wr tej chwili nie pi
szemy historji. Zresztą sto
sunki te tak są znane, że każ
dy czytelnik z łatwością do
myśli się o kim mowa.
Czytając pilnie pisma, nale
żące do tej grupy przeciwni
ków Związku, przyszliśmy do
tego przekonania, że wr tej
walce idzie przeciwnikom nie
o religję lecz o politykę. Daw
niej może było inaczej. Iascz
od pewnego czasu nie s|>oty
kamy się już z zarzutami bez
religijności tak często, jak
przed laty. Główne zarzuty
przeciwko Związkowi, najbar
dziej energiczne napaści, zja
wiają się wtedy, gdy w orga
nie Związku, lub w pokrew
nych mu pismach ukaże się
jaka dążność do bardziej czyn
nej, ostrej |K)lityki narodowej.
Pamiętamy wszyscy walkę
zaciekłą tych naszych prze
ciwników w przeszłym roku
z najdostojniejszym gościem
Związku i przedstawicielem
czynnej polityki narodowej.
Nie dalej, jak w przeszłym
numerze ,,Zgody” wskazywa
liśmy na napaść jednego z
głównych naszych przeciwni
ków, wywołaną przez nasze
artykuły o politycznych za
daniach Związku. Można by
łoby postawić pytanie, czy
ta niechęć dla Związku jest
skutkiem niechęci tych osób
dla czynnej polityki narodo
wej, czy też odwrotnie niechęć
dla tej polityki uprowadza i
wywołuje niechęć dla Związ
ku. Rożni różnie odpowiedzą
na to pytanie. Jedno jest ja
snem dla nas — mianowicie,
że źródłem całej tej niechęci
nie je*t religja, leci polityka.
Opieramy to twierdzenie na
obserwacji. Gdyby źródłem
niechęci dla Związku była w
tym wypadku religja, prze*
ciwnicy nasi przemawialiby
innym językiem.
Fanatyzm religijny, jako u*
czucie gorące, płomienne, lecz
czyste, przemawia zwykle ję
zykiem szczerym, gorącym i
także czystym. Nie ma w nim
wymyślań, insynuacij i t. d.
Tymczasem język naszych
przeciwników w chwilach o*
strej polemiki jest złośliwy,
lecz zimny. Tak właśnie prze
mawiają ci, co ukrywają pod
szatą fanatyzmu religijnego
tendencje |»olityczne.
Jakież są te przekonania po
lityczne głównych naszych
przeciwników, które stawiają
ich tak często w kolizji ze
Związkiem? Aby odpowie
dzieć na to pytanie, dość jest
przypomnieć sobie, co właśnie
podlega najostrzejszej krytyce
ze strony pism nieprzyjaznych
Związkowi. A więc z polity
ki ogólno polskiej, wszech
polskiej, stałym kamieniem
obrazy dla nich jest Skarb Na
rodowy, Liga Narodowa, no i
ci ludzie, którzy pracują w
związku z temi instytucjami.
W polityce miejscowej razi
ich i gniewa solidaryzowanie*
się Związku z wyżej wspo
mnianemi organizacjami, po
pieranie ich przez Związek
moralne i materyalne, jednem*
słowem wszelkie żywsze po
ruszenie się Związku w kie
runku czynnej |>olityki pol
skiej, uprawianej w kraju
przez stronnictwa radykalue
i demokratyczne. Najwięcej
zaś niepodoba się im pisanie i
mówienie o wielkości i sile
Związku, o jego wysokich za
dumach politycznych, nawo
ływanie Związku, aby stał
twardo przy tych zadaniach i
nie cofał się przed niemi.
Polityka więc głównych na
szych przeciwników jest je
dnoznaczną z polityką tych
kół konserwatywnych w sta
rym kraju, które historja
przezwała stańczykami w za
borze uustrjackim, a ngodow
cami w zaborze rosyjskim.
Poił tym względem nie mamy
żadnych wątpliwości. Jak
tam, tak i tutaj pewne koła
konserwatywne wulczą wy
trwale i konsekwentnie prze
ciwko polityce narodowej kół
postępowych i radykulnych.
Swoim porządkiem trudno
zrozumieć, skąd się tu nu wy
chodźtwie bierze ten kierunek,
zapożyczony żywcem ze sta
rego kraju. W Europie u
prawiają stańczykostwo i u
godowstwo koła arystokracji
rodowej i pieniężnej; jest to
całkiem naturalne, gdyż ostra
jadityka narodowców jest nie
wygodną i niebezpieczni) dla
ich przewagi, ich majątków i
ich życia spokojnego i dostat
niego bez pracy. I^ecz tutaj,
gdzie między polakami niema
wcale żadnej arystokracji ro
dowej ani pieniężnej, gdzie
wszyscy są doAć licho płatny
mi robotnikami, zdawałoby
się, że nie powinno być miej
sca dla starokrajskiej „pań
skiej” polityki.
A jednak istnieje ona; jest
to faktem niepodlegającym
żadnej wątpliwości. Czyżby
tu między naini zaczynała wy
rabiać się miejscowa, swojska
arystokracja? .
Być może. Prawdopodobniej
szem jednak jest, że te wszy
stkie napaści na Skarb, na la
gę, na obronę czynną, są w
części naleciałościami z Euro
py, bezpodstawnein naśladow
nictwem tego, co tam ma swo
ją rację i swoje uzasadnienie.
Tyle o zewnętrznych przeciw
nikach Związku. Nie 9ą oni
ani liczni, ani potężni. Szko
dzić Związkowi mogą oni bar
dzo mało, a nieraz ich usiło
wania szkodzenia wywołują
wręcz przeciwne skutki.
Lecz na tern nie kończy się
lista przeciwników Związku.
Ma on i wewnętrznych nie
przyjaciół, którzy, znajdując
się w jego łonie, są daleko bar
dziej niebezpiecznymi od ze
wnętrznych.
Nie mamy tu na myśli osób.
które, będąc członkami Związ
ku, chciałyby świadomie
szkodzić tej instytucji. Przy
puszczamy chętnie, że takich
nie ma obecnie między nami.
Nie mamy też na myśli ludzi,
którzy z należeniem do Związ
ku łączą jakie interesy czy ko
rzyści osobiste. O istnieniu
takich nie wiemy i wiedzieć
nie chcemy. Przypuszczamy
owszem, że wszystkich nas
skupia dokoła sztandaru
związkowego wiara w funda
mentalne zasady Związku i
chęć służenia przez Związek
sprawie narodowej.
Do wewnętrznych nieprzy
jaciół Związku zaliczamy tyl
ko tych związkowców, którzv
nieświadomie, w dobrej wie
rze, przeszkadzają związkowi
w pełnieniu jego wysokich
zadań, jego posłannictwa we
współczesnych dziejach naro
du polskiego.
Mamy tu na myśli tych za
pewne nielicznych członków
Związku N. P., którzy nie
chcą czy nie mogą widzieć w
Związku nic poza kasą po
śmiertną i zaniedbują politycz
ną stronę Związku, tych któ
rzy przez obojętność nie przy
czyniają się do rozwoju tej
politycznej strony Związku.
Czy są tacy między nami?
Uderzywszy się w piersi, trze
ba przyznać, że sa. Nie sn to
ludzie złej woli; aft tylko obo
jętni nu wszystko, co nie ma
styczności zo strona finansowa
Związku. A taka obojętność
szkodzi Związkowi, gdyż nie
pozwala mu iść naprzód całą
siłą, działać całą swoją masą.
Liczba tych obojętnych male
je wciąż w naszych oczach.
Możemy spodziewać się, źe i
oni przejmą się wkrótce du
chem ożywiającym większość
ich braci, że i oni zaczną po
pierać całą siłą stronę polity
czno narodową Związku.
Dalej do przeciwników
Związku zaliczamy takie tych
nielicznych, którzyby radzi
byli pchnąć Związek na jakieś
nowe tory, oderwane od jego
zasad fundamentalnych. Tych
jest co prawda bardzo mało,
lecz ich polityka jest niebez*
pieczną. Prawdą jest, że
Związek musi rozwijać się i
iść z duchem czasu. Lecz ten
rozwój, aby być zdrowym,
powinien opierać się na tych
zasadach, na których Zwią
zek urósł i na których dziś się
wspiera.
Do tych niebezpiecznych
dla całości Związku reform
zaliczamy wszelkie popycha
nie Związku bądź zbyt napra
wo, bądź zbyt na lewo. Gwał
towne zbliżuuie Związku bąd£
ku obozowi konserwatywne
mu, bądź ku skrajnie rady
kalnemu uwużamy za szko
dliwe. Ogromna większość
związkowców jest usposobie
nia umiarkowanie - postępo
wego w kwestiach społecz
nych i w miejscowej polityce
polskiej. Nie należy wiec
naaweręzac gwałtownie tej
równowagi i zbyt energicznie
przemalowywać Związek bądź
na biało, bądź na czerwono.
Do wewnętrznych nieprzy
jaciół Związku musimy zali
czyć jeszcze w końcu wszy
stkich, którzy, mogąc służyć
swojej organizacji swą pracą i
zdolnościami, usuwają 9ie od
tej służby, lub też niedbale i
opieszale pełnią przyjęte obo
wiązki. Do tych czynów nie
obywatelskich należy usuwa
nie się ludzi zdolnych i uczci
wych od urzędów w grupach,
od godności delegatów, od
wszelkiej wreszcie innej pra
cy w Związku.
Należy tu także lekkie trak
towanie swoich obowiązków
przez delegatów sejmowych,
jak np. głosowanie za ludźmi,
którzy ujmują sobie delega
tów prośbą, grzecznością lub
w’ inny jaki sposób, a nie za
sługują na poparcie ze wzglę
du na swoją wartość.
Nareszcie należy tu obojęt
ność członków Związku w
chwilach wystąpień maso
wych, obchodów i świat na
rodowych, wymarszów, przy
jęć uroczystych i t. d. Co
kolwiek bądź czyni wspólnie
grupa, gmina lub cały Zwią
zek, jeżeli to nie sprzeciwia
się sumieniu jakiego członka,
wszyscy winni brać w tern u
dział. Pozostawanie na ubo
czu osłabia siłę wspólnej czyn
ności, a więc i szkodzi powa
dze całego Związku.
Kończyc rzecz naszą o przy
że przyjaciół Związek ma da
leko więcej niż przeciwników.
Liczba pierwszych rośnie,
liczba drugich maleje z każdą
godziną Te dwie twierdzo
niewzruszone, na któro wska
zaliśmy, jako na głównych
przeciwników Związku, tracą
stopniowo swoją moc i wzię
tość. Dziś nie są one już w
stanie szkodzić Związkowi
poważnie.
Więcej złego mogą wyrzą
dzić Związkowi jego właśni
członkowie, nie dość jasno
rozumiejący wysokie posłan
nictwo historyczno swojej or
ganizacji. Lecz i to niebez
pieczeństwo zmniejsza się co
godzina. Związek rośnie nie
tylko ilościowo, lecz i jakoś
ciowo i .jest na najlepszej dro
dze, aby wyrosnąć na olbrzy
ma, z którym będą musieli
liczyć się poważnie wszyscy
wrogowie Ojczyzny,

xml | txt